Rozmowa z Tomaszem Wacławczykiem – kardiochirurgiem i lekarzem medycyny estetycznej z Katowic, posiadającym wprawną rękę i wieloletnie doświadczenie zawodowe zwolennikiem delikatnego podkreślania urody i specjalistą anti-aging, a także twórcą autorskiej metody naturalnego modelowania ust

 – Witam, jak rozpoczęła się Pana przygoda z medycyną estetyczną?

 – Medycyna estetyczna dla mnie to nie tylko przygoda, ale i pasja, która trwa już ponad 10 lat.

 – A od czego się ona zaczęła?

 – To pytanie, które pada często, ale niezwykle trudno jest na nie odpowiedzieć. Przede wszystkim od początku miałem już za sobą praktykę lekarza – chirurga. Raczej nie najgorszego manualnie. (śmiech) Dodatkowo od zawsze miałem w sobie umiłowanie piękna i pewien zmysł estetyczny. Kiedy zacząłem, kierowała mną właściwie ciekawość. Później okazało się, że efekty są bardzo zadowalające – pacjenci byli zadowoleni, a mnie sprawiało to wielką radość. Nigdy nie był to dla mnie sposób na zdobycie pieniędzy. Zawsze traktowałem medycynę estetyczną jako pasję. Do chwili obecnej wszystkie zabiegi, które wykonuję, realizuję z przyjemnością, nie z konieczności czy przymusu.

 

 – Ma Pan bardzo wiele certyfikatów, potwierdzających udział w kursach i szkoleniach. Czy to się przydaje?

 – Na to pytanie nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Na pewno jest przydatne, kiedy się zaczyna. Wówczas jeżdżenie na kursy pogłębia wiedze teoretyczną i praktyczną. Z czasem każdy lekarz wypracowuje sobie własny sposób działania. Wtedy kursy dają ogląd tego, co dzieje się w branży – mogą poszerzać horyzonty albo tylko utrwalać już to, co się wie i potrafi. Zmienia się też często perspektywa – jak w moim przypadku. Kiedyś się szkoliłem, dziś już częściej to ja szkolę z zakresu wypełniaczy czy nici liftingujących.

 – Dlaczego medycyna estetyczna wciąż wyzwala tyle emocji?

 – Emocje wzięły się stąd, że medycyna estetyczna nie jest tak naprawdę specjalnością lekarską. Dlatego wszyscy lekarze, którzy mają dyplom i prawo wykonywania zawodu, mogą wykonywać zabiegi w tym zakresie. Panuje więc niejaki chaos. Oczywiście są obecnie w Polsce dwie liczące się szkoły medycyny estetycznej i moim zdaniem powinny być obowiązkowe, gdyż  systematyzują ogrom wiedzy, a przede wszystkim pokazują złożoność tematu jakim jest szeroko pojęty anti-aging. Uczą holistycznego podejścia do pacjenta, aby móc całościowo przeprowadzić go przez proces odzyskania, bądź podtrzymania młodego wyglądu i dobrego samopoczucia. Niestety wielu lekarzy kończy wyłącznie wybiórcze kursy przez nikogo nieautoryzowane. Nie zawsze są one rzeczowe i dobre merytorycznie i prowadzone przez wystarczająco doświadczonego specjalistę, a więc i skutki wdrażania przekazywanej na nich wiedzy mogą nie być bezpieczne. Dodatkowo część osób zajmujących się medycyną estetyczną robi to wyłącznie w ramach dodatkowego zarobku. Z tego powodu rynek nasycił się nowymi gabinetami, a do pacjentów przemawia przede wszystkim cena. Nierzadko dopiero przy źle wykonanym zabiegu, który trzeba poprawiać, pacjenci trafiają w miejsca świadczące usługi o najlepszej jakości zamiast najniższej cenie. Takiej sytuacji sprzyja brak świadomości pacjentów i dezinformacja, która panuje w mediach. Obecnie sytuacja już nieco się poprawia, jednak do niedawna można było zauważyć pewnego rodzaju nagonkę antyestetyczną. Piętnowano ludzi, którzy poddawali się zabiegom medycyny estetycznej, eksponowano powikłania po takich zabiegach lub prezentowano wyłącznie takie przypadki, w których metamorfoza zabrnęła już zdecydowanie za daleko.

 

 – Jakie są najpopularniejsze zabiegi?

 – Chyba osławiony botoks. (śmiech) Każdy zabieg ma swoje wskazania i przeciwwskazania, jego dobór to bardzo indywidualna kwestia, dlatego trudno jednoznacznie wskazać najbardziej popularny. Mogę bez problemu natomiast powiedzieć, które zabiegi są moimi ulubionymi. Pracuję głownie stosując wypełniacze, botoks oraz nici liftingujące. To zabiegi, które dają od razu efekt, dlatego mogę od razu zobaczyć zadowolenie pacjentów. Mniej przepadam za zabiegami, które trzeba wykonywać w seriach. Wymagają one powrotu do gabinetu, wydania dodatkowych pieniędzy i wykazania się sporą dozą cierpliwości, na co nie wszyscy mają czas i chęci. W takich przypadkach, jak choćby przy mezoterapii, która wymaga dla widocznych efektów 8 – 10 wizyt, bądź zabiegach laserowych czy rewitalizacji skóry, pacjenci często po drugiej lub trzeciej serii rezygnują, ponieważ czują się zniechęceni tym, że nie widzą różnic. Nie może być ich jednak z założenia –  są dostrzegalne dopiero po określonej liczbie ponowień. Choć w kwestii kosztów nastąpiły już spore zmiany. Rozpowszechnienie zabiegów spowodowało znaczący spadek cen i teraz są już one właściwie dostępne dla przeciętnego człowieka. Obecnie może sobie na nie pozwolić niemal każdy.

 

 – Jak można w tym przesycie dowiedzieć się, gdzie zabieg zostanie wykonany dobrze?

 – Wydaje mi się, że najbardziej sprawdzona jest tak zwana „poczta pantoflowa”. Jest ona najbardziej pewna i obecnie działa, ponieważ pacjentki zaczęły przyznawać się swoim koleżankom czy bliskim do tego, że poddały się jakiemuś zabiegowi. Jeszcze 10 lat temu było to nie do pomyślenia. Takie informacje były wielką tajemnicą. Jednak moda na medycynę estetyczną zaczyna powoli zmieniać społeczny odbiór zabiegów z nią związanych. Nie należy jednak mylić tej drogi z udawaniem się do tych lekarzy, którzy są najczęściej promowani w mediach. Posłużę się słowami twórcy pierwszej w Polsce Podyplomowej Szkoły Medycyny Estetycznej oraz założyciela Polskiego Towarzystwa Medycyny Estetycznej i Anti-Aging – dr Andrzeja Ignaciuka – „dobra medycyna estetyczna jest dyskretna i cicha”. Po prostu robi to, czego się od niej oczekuje, a pacjenci trafiają na kolejne zabiegi najczęściej z polecenia. Chociaż są oczywiście lekarze, którzy mają inne zdanie na ten temat i prowadzą szeroko zakrojone działania pijarowe. Jednak to u tych pierwszych zwykle pacjenci zostają na dłużej.

 – Czy medycyna estetyczna to jeszcze leczenie czy już estetyka?

 –  Jest grupa zabiegów, które wymagają dogłębnej analizy stanu zdrowia pacjenta. Do takich należy choćby liposukcja, w przypadku której konieczne jest zrobienie pełnych badań laboratoryjnych, by nie zaszkodzić pacjentowi. Niemniej typowe zabiegi medycyny estetycznej, jak wypełnianie tkanek miękkich kwasem hialuronowym lub toksyna botulinowa, nie wymagają aż takiego rozpoznania medycznego. Choć oczywiście nie zwalnia to lekarza każdorazowo z rozsądnego, profesjonalnego podejścia, przeprowadzenia wywiadu medycznego i sprawdzenia występowania przeciwwskazań charakterystycznych dla danego zabiegu. Lekarz medycyny estetycznej to nadal lekarz –  obowiązuje go zasada „po pierwsze nie szkodzić”.

 

 – Kto pojawia się na zabiegach częściej – kobiety czy mężczyźni?

 –  Wciąż jeszcze trafia do nas więcej kobiet, chociaż grupa mężczyzn poddających się zabiegom jest już dość spora. Zwykle jednak jeśli decydują się na nie mężczyźni – nie ma większych różnic w typach wybieranych zabiegów.

 – Czy oprócz osiągniętych sukcesów zdarzyło się Panu w swojej karierze zrobić coś, czego wolałby Pan uniknąć?

 – Staram się wykonywać wszystkie zabiegi z zachowaniem najwyższych standardów bezpieczeństwa. Dotąd były one skuteczne i mam nadzieję, że nadal tak będzie. (śmiech) Niezmiennie pamiętam o tym, że celem zabiegów musi być korzyść pacjenta, nie zysk lekarza. Inaczej będzie on niezadowolony i na pewno już nie wróci. Oczywiście mogą zdarzyć się powikłania – trzeba sobie umieć z nimi radzić, nie można zamiatać ich pod przysłowiowy dywan. Nie miałem jednak jeszcze przypadku, w którym musiałbym się z takim problemem zmierzyć.

 – Czy ewentualne błędy popełniane podczas zabiegów medycyny estetycznej można naprawić?

 –  Większość obecnie stosowanych preparatów w medycynie estetycznej nie ma permanentnego działania. Co nie znaczy, że błąd popełniony przez lekarza nie będzie permanentny w skutkach… Gdy brak wprawy bądź wiedzy sprawi, że w miejscu zabiegu powstanie ropień, czy martwica, pacjent będzie mieć „pamiątkę” do końca życia. Dlatego tak niezmiernie ważne jest, aby zabieg wykonywał lekarz. Tylko lekarz poradzi sobie z powikłaniami, czy niespodziewanymi sytuacjami, które jak przy każdym zabiegu medycznym mogą się pojawić. Krwawienie, wstrząs… Nie chcę absolutnie nikogo straszyć, gdyż takie rzeczy są niezwykle rzadkie, niemniej jednak pamiętajmy, że to nadal medycyna, więc mogą się zdarzyć. Doświadczony lekarz da sobie radę. Dlatego nie należy tracić czujności przy wyborze osoby, której powierzamy nasze zdrowie, a w drugiej kolejności wygląd.

 

 – Jak ocenia Pan polską medycynę estetyczną w porównaniu z zagraniczną?

 – Poza granicami Polski – choćby Brazylii, gdzie bywałem na szkoleniu – jest zupełnie inne podejście do medycyny estetycznej. Jej efekty muszą być widoczne, wręcz krzykliwe. Pacjenci eksponują szwy, spinają włosy, by uwydatnić miejsce chirurgicznego liftingu twarzy, wyraźnie modyfikują policzki czy usta na większe. Chodzi o to, by pokazać, że ich na te zabiegi stać. To swoisty wyznacznik statusu materialnego. W Polsce mamy jednak kulturę europejską, bardziej stonowaną. Medycyna estetyczna ma służyć bardziej odświeżeniu wyglądu niż radykalnej zmianie. Jestem zwolennikiem takiego traktowania zabiegów estetycznych. Często radzę pacjentkom stopniowe osiąganie zamierzonego wyglądu, by przyzwyczaić siebie i otoczenie do zmian, a niekoniecznie zrobić efekt „wow”. Mamy oczywiście na kim się wzorować – we Włoszech, Francji czy Hiszpanii wykonuje się zabiegi na bardzo wysokim poziomie. Jednak Polska medycyna estetyczna jest dużo bardziej rozwinięta niż w krajach kultury germańskiej, czy anglosaskiej.

 – W jakim kierunku się Pan rozwija?

 – Staram się robić to, co lubię i umiem. Jestem kardiochirurgiem, jednak medycyna estetyczna jest mi naprawdę bardzo bliska. Poświeciłem wiele czasu na szkolenia w Brazylii, Niemczech czy Szwecji, stąd też mam szeroki wachlarz umiejętności, które mogę wykorzystywać wciąż powiększając swój repertuar zabiegów. Od dłuższego czasu zajmuję się zarówno liposukcją oraz lipotransferem, a więc modelowaniem innych części ciała oraz twarzy przeszczepionym tłuszczem. także kwasem hialuronowym. Jest to bezpieczna metoda, a skutki bardzo zadowalające.

 

 – Czy z zabiegami medycyny estetycznej można przesadzić?

 – Oczywiście takie przypadki się zdarzają. Jednak są zawsze skutkiem umowy między lekarzem a pacjentem. Wizja pacjenta jest ważna, niemniej żaden lekarz nie jest zmuszony do wykonania zabiegu – znając budowę anatomiczną twarzy, powinien przewidzieć, co będzie wyglądało dobrze. Do jego obowiązków należy odradzanie i doradzanie ewentualnych innych zabiegów. Ta rola jest niezwykle ważna zwłaszcza obecnie, kiedy pacjenci w telewizji, prasie kobiecej lub internetowych artykułach, często sponsorowanych, karmieni są informacjami promującymi konkretne typy zabiegów. Ja uważam, że należy zachować ostrożność, zwłaszcza wobec zabiegów nowych, które nie funkcjonują na rynku na tyle długo, by znać i przewidywać ich wszystkie możliwe skutki. Dlatego doświadczenie w wykonywaniu zabiegów konkretnego typu powinno być również czynnikiem wpływającym na decyzję pacjenta o wyborze lekarza i gabinetu do jego wykonania.

 – Jak do zabiegów medycyny estetycznej mają się kosmetyki, które mają podobnie wpływać na kondycję i wygląd skóry?

 – Jako chirurg mam zawodową słabość do igieł (śmiech). Jestem zdania, że jakiekolwiek kosmetyki mogą być tylko dodatkiem, nigdy podstawą terapii. Ludzka skóra jest zbudowana w konkretny sposób – ma chronić organizm przed środowiskiem zewnętrznym. Jest po prostu szczelną barierą. By kosmetyk zadziałał na skórę, musiałby przeniknąć do jej najgłębszych warstw, gdyż w nich odbywają się procesy regeneracyjne. Składniki kremów nie zapewniają takiej penetracji skóry.  Dlatego stopień przenikania do skóry zawartych w kremach składników jest niewielki, a ich skuteczność – po prostu znikoma.

 

 – Od jakiego wieku powinno się myśleć o poprawie kondycji skóry?

 – Tak jak dobór zabiegów, również wiek dobry na początek przygody z medycyną estetyczną to kwestie bardzo indywidualne. Niektórzy czekają z zabiegami do czasu, w którym wyraźne są u nich efekty starzenia. Niemniej już wówczas, gdy na twarzy zaczynają się pojawiać pierwsze zmarszczki mimiczne, można pomyśleć o botoksie, który te zmiany wytłumi i wydłuży świeżość skóry. Odnośnie wypełniaczy – decydująca jest anatomia twarzy. Najlepiej jest udać się do lekarza, który bazując na swym doświadczeniu doradzi najlepsze rozwiązania i czas, w którym powinno się je realizować.

 – Jak rozumie Pan swoje przywiązanie do estetyki?

 – Takiego pytania się nie spodziewałem. (śmiech) Chyba towarzyszyło mi od zawsze. Powiedziałbym, że w moim mniemaniu chodzi przede wszystkim o dbałość o detale. Najlepszym testem dla lekarza medycyny estetycznej jest chyba ocena jego wyglądu. Dobry gust widoczny w ubiorze i kształtowaniu swojego wizerunku świadczy o poczuciu estetyki i może przekładać się na to, jak dana osoba widzi proporcje, ocenia efekt końcowy i wykonuje zabiegi u swoich pacjentów. Fryzjer z niechlujną fryzurą, zaniedbany gabinet stomatologa, czy dietetyk z nadwagą nie wzbudzają przecież zaufania. (śmiech) Powiedzenie „jak cię widzą – tak cię piszą” nie pojawiło się przecież bez przyczyny.

 – Czego można Panu życzyć na przyszłość?

 – Rozsądnych pacjentów, którzy potrafią zaufać, a będą czuli się dopieszczeni.

 – W takim razie tego właśnie życzę i dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Teresa Domagała