W poszukiwaniu spodni…

Tego poranku nie będziemy miło wspominać. Udaje nam się – co prawda – bardzo wcześnie wstać i szybko spakować, dzięki czemu planowany czas wyjazdu wydaje się niezagrożony, ale niestety okazuje się, że nie ma naszych spodni motocyklowych, które daliśmy do prania.

Choć bardzo nam zależy na punktualności, bo przed nami granica z Ghaną i formalności wizowe, które w tej części świata zawsze muszą potrwać, bez tej części wyposażenia raczej nie pojedziemy 😉. Nie pozostaje nam więc nic innego jak usiąść nad brzegiem oceanu, patrzeć na rozbijające się o brzeg fale i czekać.

 

Koniec końców, spodnie znajdują się w sąsiednim pokoju. Pani schowała je, bo przy tej wilgotności na zewnątrz by nie wyschły. Nadal są lekko wilgotne, ale to nawet lepiej 😉.

Pograniczne schody

130 km do granicy z Ghaną pokonujemy bardzo sprawnie, jadąc przez setki, a nawet tysiące, hektarów plantacji ananasów. Otacza nas ciemno-zielona płaszczyzna po sam horyzont. Niesamowity widok. To jest właśnie taka Afryka, jakiej oczekiwałem.

Niestety na granicy zaczynają się schody. Nie mamy wiz, bo słyszeliśmy, że możemy nabyć je właśnie na granicy. Niestety, ghańscy pogranicznicy o tym nie słyszeli 😉.

 

Po długich dyskusjach oficer idzie do szefa i wraca uśmiechnięty. Jest rozwiązanie. Dostaniemy jakąś "wyjątkową" wizę tranzytową, o ile uiścimy po 50 USD od głowy. Co robić. Płacimy i jedziemy do celników.

Kłopotów ciąg dalszy

Tutaj oczywiście następny problem. Nie mamy karnetów, a na naszych tablicach nas nie puszczą. Celnik zamyka okienko i naradza się z szefem. Przysyła w końcu jakiegoś agenta, który ma pomóc nam rozwiązać trudną sytuację.

Pada żądanie zapłaty kwoty 250, którą w końcu udaje się utargować do 230. Wnioskujemy, że chodzi o ich walutę, co daje 60 € na każdego z nas. Kiepsko, ale nie mamy wyjścia 😥.

Zbieramy kasę. Eryk z Tomkiem jadą zapłacić i okazuje się, że źle się zrozumieliśmy. Im chodziło o 230 000 cedi, czyli prawie 400 €. Awantura trwa.

Czarne charaktery

Eryk nie daje za wygraną i w końcu staje na starej cenie. Widać to możliwe 😉. Po prostu przedsiębiorstwo, którym zarządza dowódca celników, nie zarobi tyle, ile chciało. Nie ma się, co dziwić, że już od czasów Chrystusa ten zawód nie ma dobrej prasy.

Oczywiście, to nie koniec. Zdziwilibyśmy się, gdyby było inaczej 😉. Przychodzi pośrednik i mówi, że nie mamy ubezpieczenia. Kosztuje 25 €, ale przestanie być potrzebne, jeśli damy celnikowi po 10 €. Nie chcemy ryzykować i spędzić tu całej nocy, więc płacimy, dostajemy dokumenty i możemy jechać.

 

Ten szybki odjazd to jednak też umowna kwestia. Trwa jeszcze dwie godziny. W końcu ruszamy i dostajemy dokumenty wartości 30 cedi, czyli przepłaciliśmy 200 zł. Biorąc pod uwagę, że nie często mają takich leszczy, a celników jest wielu – to nie jest najwyższa cena.

Zamykając dystans 300 km

Najważniejsze jest to, że w końcu wjeżdżamy do Ghany. Jeszcze tylko jeden posterunek policji, na którym już na nas czekają, ostatnia pieczątka i możemy śmigać bez ograniczeń.

Nasz aktualny plan to Park Narodowy Kumasi. Jest już jednak późno i wiemy, że nie mamy szans do niego dojechać dziś, bo zaczyna się robić ciemno. Dlatego szukamy miejsca na biwak, ale jest z tym kłopot. Znajdujemy się na subsaharyjskiej pustyni. Tutaj roślinność wybucha tak gwałtownie, że znalezienie miejsca na biwak graniczy z cudem. W końcu zatrzymujemy się przy drodze.

 

Aktualnie jest 22.00. Wszyscy już śpią, tylko ja piszę. Mam nadzieję, że jutro w końcu Park Narodowy mnie olśni. A na razie dobranoc.

Moto Voyager – Grzegorz Malicki