Wczoraj bardzo wcześnie poszliśmy spać, więc dzisiaj nikt nie ma problemu ze wstaniem. Już około ósmej praktycznie udaje nam się ruszyć w drogę. Niestety nasze szczęście trwa może jakieś piętnaście minut.

Zagubieni w akcji

Po tym czasie wszyscy rozjeżdżany się i – oczywiście – gubimy. Ja i Darek zostajemy sami i starym indiańskim sposobem wracamy na miejsce, w którym się ostatni raz wszyscy widzieliśmy. Trwamy tak jakąś godzinę. Darek pewnie czekałby do wieczora, bo jest przekonany, że Ernest wróci. Ja jednak trochę znam Erniego i podejrzewam, że pojechał dalej licząc, że sobie poradzimy.

 

Na szczęście wiemy, dokąd mamy jechać. Jednak moja nawigacja nie obejmuje Mauteranii. jest w niej natomiast wioska na granicy z Mali. Nie mamy więc innego wyboru – jedziemy na kompas. Tak czy owak, nie ma tu żadnych dróg.

Na trasie, w pobliskiej wiosce, spotykamy człowieka, który całkiem dobrze mówi po angielsku. Co on tu robi z takim wykształceniem Bóg jeden raczy wiedzieć. W każdym razie dowiadujemy się, że nasi tędy jechali i są godzinę przed nami.

Na tropie swoich

Pytając, czy jest tu droga do Mali, dowiadujemy się o istnieniu dwóch: starej i nowej. Oczywiście wciąż pod pojęciem „drogi” kryją się tylko zapiaszczone ścieżki. Pytamy więc dalej, która z tras jest lepsza według naszego rozmówcy. Wskazuje jedną z nich i odpowiada, że tę lubi bardziej. Parskam śmiechem. Chyba nie da się go lubić.

Jednak niezależnie od warunków i miłej pogawędki musimy jechać. Zresztą szybko tracimy ślad i dalej przez 40 km poruszamy się już sawanną, nie widząc najmniejszego śladu drogi. To chyba jest off-road 😉.

W granicznej wiosce nie napotykamy się na naszych, więc jedziemy dalej. Trasa jest moim zdaniem ekstremalnie trudna. Są bezdroża, dużo piachu i skały. Po jakimś czasie trafiamy na resztę ekipy i już jesteśmy spokojniejsi. W grupie zawsze raźniej.

Szczypta odwagi

Nie muszę się za bardzo martwić. Szyk zamyka Eryk, więc nawet jak coś się stanie, mogę liczyć na wsparcie 😊. To pozwala mi na zdecydowanie odważniejszą jazdę. A odwaga bardzo nam się przydaje, bo albo pokonujemy strome skalne ścieżki, albo kopiemy się w korytach rzek. Ani jedno, ani drugie nie jest bezpieczne.

Na dodatek po drodze mijamy opuszczone, spalone wioski. Ludzie prawdopodobnie przenieśli się gdzie indziej ze względu na wysychające studnie, a przyroda sama dopełniła dzieła zniszczenia. Jesteśmy zmęczeni i strasznie chce nam się pić. W końcu docieramy do zamieszkanej wioski.

 

Takiej bandy, jak tutaj, chyba jeszcze nigdzie nie było. Wzbudzamy ogromną sensację. Erni kupuje wodę i to ratuje nam życie. My natomiast robimy zdjęcia młodym Malijkom. Są prześliczne i bardzo chętnie pozują, przytulając się przy tym figlarnie. Niestety robi się ciemno, więc opuszczamy wioskę przy gromkim aplauzie jej mieszkanek i dzieci. Po kilku kilometrach rozbijamy namioty i idziemy spać. Jest prawie północ. Dobrej nocy!

Moto Voyager – Grzegorz Malicki

PS. Budzę się o szóstej nad ranem. Wszyscy jeszcze śpią, więc postanawiam zapisać kilka przemyśleń i obserwacji. Dużo słyszy się o biedzie i zacofaniu Afryki. Niby byłem na to wszystko przygotowany, w końcu odwiedziłem już parę miejsc i kontynentów, jednak to, co widzę tutaj jest porażające. Warunki, w jakich żyją Afrykańczycy są dla nas, Europejczyków, nie do wyobrażenia. Wioski bez żadnych dróg, gliniane chatki bez prądu, zero cywilizacji, niesamowicie niska średnia wieku i ogromna liczba dzieci. Ale nie ma się czemu dziwić, w końcu co innego można tu robić? Seks to chyba ich jedyna forma rozrywki 😉. I jeszcze jeden pozytyw. Malijki są przepięknie, kolorowo ubrane. To też robi na nas duże wrażenie 😉.