Dzisiaj planujemy powrót do cywilizacji. Po drodze napotykamy kolejne, zupełnie zapomniane wioski. Widoki i wrażenia podobne, chociaż nic nie jest w stanie przebić emocji, które wzbudziła wczorajsza wioska. Być może ze względu na wyjątkową urodę Malijek.

Dzień szósty – 263 km

Przed nami już tylko 67 km off-roadu. Oczywiście w programie mamy też kilka piaszczystych koryt rzek, które dla ciężkich motocykli są przekleństwem. Jednak w końcu docieramy do Kayes i to, na szczęście, bez większych przeszkód.

 

Kayes to już całkiem spore miasteczko. Tankujemy, wypłacamy pieniądze z bankomatu i ruszamy w drogę. Wszyscy marzą o kąpieli, ale ja wyczekuję jej szczególnie. Cztery dni bez mycia to dość.

Erni stwierdza, że do miejscowości Kita droga jest asfaltowa, a do przejechania jeszcze 260 km. Pikuś :).

Na ostatniej prostej

Dajemy w kitę i gnamy do hotelu do Kity :). Niestety po kilku kilometrach Erni łapie gumę. To już jego trzecia, a ogólnie piąta. Po załataniu dętki okazuje się natomiast, że Maciek nie może ruszyć. Problemy z elektryką.

W końcu udaje się wszystko naprawić. Ruszamy. Niestety dane Erniego zgadzają się jak zawsze, czyli tylko w połowie :). Po stu kilometrach asfalt się kończy i musimy czekać na prom przez wielką rzekę Senagal. Robi ogromne wrażenie. Jednak prom przypływa dopiero po jakiejś godzinie, kiedy jest już zupełnie ciemno.

 

Obsługa promu pyta nas, dokąd jedziemy. Jesteśmy zdziwieni i nawet świta nam pomysł, żeby ich okłamać. Dobrze, że tego nie zrobiliśmy, bo na rzece są dwie odnogi i gdyby wysadzili nas nie w tym miejscu, co trzeba, to bylibyśmy w czarnej… 😥. Na dodatek droga po zjechaniu z promu to szutrówka. Fajna, ale strasznie się kurzy. Szczególnie ostatniemu, czyli mnie 😥.

Nie ma wyjścia, z kąpieli nici. Kładę się spać w namiocie, w jakimś brudnym miejscu, totalnie wkurzony. Może jutro będzie lepiej.

Moto Voyager – Grzegorz Malicki