Mam cudownych kolegów! Eryk i Tomek właśnie rozkładają mi namiot i pompują materac, a ja dzięki temu mogę zająć się pisaniem relacji z dzisiejszego dnia.

Podróż przodem do tyłu – 316 km

Jesteśmy już, co prawda, na Wybrzeżu Kości Słoniowej, ale zacznijmy od początku. Poranek w hotelu w Bamako był cudowny. Internet, kawusia, omlecik – brak mi słów, żeby wyrazić tę rozkosz.

 

W związku z tym wyjazd się opóźnił, ale w końcu doszedł do skutku. Wyjeżdżaliśmy żegnani przez dopiero co poznanych Czecha i Holendra. Zostaliśmy również solidnie obfotografowani jako główna atrakcja na holenderskiego bloga. Cóż, szlachectwo zobowiązuje 😉.

Opuściliśmy niesamowicie gwarne i żywotne Bamako, mając przed sobą 170 km asfaltu. Pokonaliśmy je błyskawicznie.

Dobre złego początki?

Jednak w Bougouni skręcamy na Manamikore, a tam zaczyna się totalny off-road. Niby szuter, ale 500 m równej drogi to wszystko, na co można liczyć. Reszta to dziury i nierówności. Alt to w końcu dokładnie to, co lubi duży GS. Jedyne, czego nie lubi, to piach. Na twardym podłożu w każdych okolicznościach daje sobie świetnie radę.

Po drodze zatrzymujemy się w jednej z wiosek, nie mogąc się oprzeć urodzie jednej z Malijek. Jest przeurocza 😊.

 

W końcu docieramy do granicy w Mananikore. Ciągnie się ona przez kilka kilometrów, a jej pokonanie zajmuje nam dwie godziny. Całe pograniczne procedury byłyby nawet troszkę śmieszne, gdyby nie uciekający nieubłaganie czas.

Po ostatnich formalnościach zaczynamy szukać miejsca na biwak. Na razie musi wystarczyć nam polanka z kępkami trawy. Jednak bez względu na warunki jesteśmy szczęśliwi. Wypijamy jak zwykle po kuśtyczku, odkładając na jutro decyzje o tym, co dalej. Przecież nie ma się co spieszyć 😉.

Moto Voyager – Grzegorz Malicki

PS. Nie mogę powstrzymać się od wzruszenia. W czasie, kiedy ja pisałem relację, Eryk z Tomkiem przygotowali mi kompletne spanie. To się nazywa braterstwo! I to w jakich okolicznościach – wokół tylko afrykańskie cykady i cudowna księżycowa noc 😊.