Dzisiejszy ranek zapowiadał piękną i gorącą pogodę. Dlatego zostawiliśmy podpinki, wszystkie zbędne ubrania i ruszyliśmy w drogę. W planach mamy dystans 104 km na trasie Trashigang – Yangtsi – Trashigang. Serpentyny nad przepaścią i roboty drogowe z off-roadem gwarantowane. Czyli dzień jak co dzień.

Duchowe wspinaczki

Dzisiaj Ola nam nie darowała i w planie były dwa klasztory. W każdym obowiązkowo Guru Rimpoche i jeszcze drugi bożek – zapomniałem, jak się nazywa. W pierwszym klasztorze Dorji wdrapał się na śliską od deszczu skałę, ponieważ zaczęło padać. Muszę przyznać, że wspinaczka nie była łatwa, ale zdecydowanie warta zachodu. W tym momencie Dorji znalazł się o jeden poziom bliżej nieba – razem z Guru Rimpoche, oczywiście  :). Jacek z Samborem zajęli się bardziej przyziemną rozrywką, czyli dźwiganiem kamienia. Udało im się to i teraz mają zapewnione liczne potomstwo.

W drugim klasztorze ponownie złożyliśmy hołd Guru Rimpoche i zjedliśmy lunch, ponieważ zaczęło mocno padać i plener nie wchodził w grę. Po dojechaniu do Yangtsi, stwierdziliśmy, że robi się zimno i czas wracać do hotelu. Niestety, musieliśmy jechać bardzo wolno. Śliska nawierzchnia i głazy leżące na drodze zmuszały nas do wyjątkowej ostrożności.

Drogowe refleksje

Swoją drogą, jeżeli małe opady doprowadziły do pojawienia się takiej ilości skał i kamieni na drodze, co musi się dziać w porze monsunowej? Mnie trudno jest sobie to wyobrazić. Oczywiście po raz kolejny spóźniliśmy się i trafiliśmy na blokadę drogi spowodowaną robotami drogowymi. Niestety, Guru Rimpoche nie wysłuchał naszych modłów i musieliśmy czekać prawie dwie godziny.

Końcówka trasy wyglądała podobnie jak wczoraj – był to czysty off :). W efekcie zmarznięci i mokrzy dotarliśmy do hotelu, gdzie gorący prysznic postawił mnie na nogi. Na szczęście, bo czekał nas jeszcze najważniejszy punkt programu – kolacja urodzinowa Oli. Było bardzo miło, a zaserwowany tort oceniam jako pyszny. Dostałem nawet jeden kawałek na jutro :). Kolacja jednak nie trwała zbyt długo, ponieważ jutro przed nami znaczny kawałek trasy do pokonania.

Moto Voyager – Grzegorz Malicki