To już, niestety, ostatni dzień naszej wyprawy. Musimy przejechać 178 km do granicznego miasta Samdrup Jonkhar, gdzie zostawiamy motocykle. Później Gogo i Dorji załadują je na ciężarówkę i zawiozą do Puentsoling, skąd zaczynaliśmy.

Zmagania z samym sobą

Niestety był to jedyny kiepski dla mnie dzień jazdy. Już wczoraj czułem się nie najlepiej. W nocy pociłem się jak mysz, a czekała mnie droga, która przez jakieś 100 km była albo w budowie, albo z resztkami asfaltu. Teraz nie dziwię się, że nie mogłem jej znaleźć na żadnej mapie.

Na początku mieliśmy trochę szczęścia, ponieważ padać zaczęło dopiero w czasie lunchu. Co więcej, ja akurat wtedy miałem kryzys. Poczułem się na tyle źle, że nawet zastanawiałem się, czy nie przesiąść się do auta, a to już byłaby totalna porażka. Na szczęście po lunchu przestało padać, a ja postanowiłem kontynuować jazdę.

Szczyt komfortu

Dopiero jakieś 40 km przed celem zaczęła się szeroka asfaltowa szosa – pierwsza taka w Bhutanie. Jeszcze nie zdążyliśmy pomyśleć, jak szybko i z jaką przyjemnością śmigniemy, a z nieba lunął deszcz. Drogę spowiła mgła i musieliśmy wrócić do typowej dla tego miejsca prędkości 30 km/h. Całe szczęście, że moja kurtka, co wiem od dawna, jest w stu procentach nieprzemakalna. Rękawice też, co nie jest często spotykaną cechą. O buty nie martwiłem się wcale, bo nie jeden raz zdarzało mi się już brodzić w jakimś strumyku.

W ten sposób – zmęczony, ale suchy – dotarłem na ostatni w Bhutanie punkt kontrolny. Po odprawie wreszcie można było rozprostować kości w hotelu. Ponieważ jest to miasteczko graniczne, a nie turystyczne, standard nie był zbyt wysoki, zapewniał ciepłą wodę i łóżko, co mi wystarczyło.

Wspomnienia…

Jedyne przyjemne doznanie z dzisiejszej drogi to wizyta u mnicha – znajomego Oli. Poznała go podczas swojego pierwszego pobytu w Bhutanie. Wówczas została przez mnicha przyjęta i przenocowana w klasztorze. Okazało się, że dzisiaj jest on przełożonym tego miejsca.

Dzięki tej znajomości po raz pierwszy mieliśmy okazję przebywać w klasztorze nie jako turyści, ale jako goście, i tę różnicę dało się odczuć. Spotkaliśmy się z przyjęciem przyjaznym i uprzejmym wręcz do granic naszych europejskich wyobrażeń. Na koniec okazało się także, że nasz mechanik Gogo również bardzo dobrze zna wielebnego. Ale dlaczego miałoby nas to dziwić, skoro Gogo jest mechanikiem samego króla i naprawia jego wszystkie cztery motocykle :)?

Ostatnia wieczerza

Po wypakowaniu bagaży i ostatnim spotkaniu na tarasie, urządziliśmy sobie ostatnią wieczerzę w iście królewskim gronie lokalnej whisky K5. Nazywam ją królewskim towarzystwem, ponieważ jej nazwa to skrót od King 5. W Bhutanie do określenia króla używa się głównie jego numeru w kolejności. Obecny król jest piąty, stąd King 5 (K5). Skąd inąd, towarzystwo wyśmienite :).

Podczas ostatniej wieczerzy, która z natury ma wymiar smutny lub nawet filozoficzny, dotarła do nas bardzo przykra wiadomość. Musimy opuścić hotel o szóstej rano, mimo że lot z Guwahati mamy dopiero o 16.15, a droga to maksymalnie trzy godziny jazdy. Przyczyną są rozruchy w sąsiadującym z Bhutanem stanie Assam – tym od herbaty. Jeżeli wyjedziemy o szóstej, to jest szansa, że "rozruchowcy" po ciężkim dniu pracy i nocnym chędożeniu nie zdążą się obudzić i uda nam się przemknąć po cichu przez nieprzyjazny nam tym razem stan. Dlatego musimy iść wcześnie spać. Mówię więc dobranoc :).

Moto Voyager – Grzegorz Malicki