Dzisiejszy dzień nie zaczął się najlepiej. Po dwóch dniach spędzonych w podróży pięć godzin snu to zdecydowanie za mało. Obudziłem się nieprzytomny i nawet nie wiedziałem, gdzie jestem. Mimo to jakoś zwlokłem się na śniadanie. Motocykle już czekały przed hotelem. Po posiłku wsiedliśmy więc na nie i od razu zaczęliśmy wspinaczkę.

 

Kraj naprawdę niedostępny

Teraz dopiero zrozumiałem, co znaczy „geograficznie niedostępny kraj”. Droga od Indii do Bhutanu przez 80 km wiedzie serpentynami. Maksymalna prosta to 50 m. Szerokość jest natomiast taka, że dwa auta mają problem, żeby się wyminąć. Na szczęście my na naszych KTM-ach możemy korzystać z pobocza :). I, co równie ważne, podziwiać widoki.

 

Po drodze, oczywiście, zaliczamy obowiązkowy lunch. Obowiązkowo pyszny :). Przed restauracją widzimy nasze sprzęty ustawione jak pod sznurek. Dziwimy się po raz pierwszy i ostatni. Później stwierdzimy, że taki jest standard naszej obsługi.

Podróż naprawdę długa

W sumie przejechanie 160 km zajmuje nam siedem godzin. Nikt z nas wcześniej nawet nie przypuszczał, że może to tyle trwać. W końcu dojeżdżamy do Paro. Najpierw wizyta w jednym z trzech muzeów narodowych Bhutanu. Jak to my, starzy globtroterzy, zwykliśmy mówić: nic nie urywa, ale zwiedzić trzeba :). Po drodze znajdujemy jeszcze czas, żeby odwiedzić Dzong. Zdecydowanie ciekawsze doznania.

Przed kolacją mamy zafundowany kurs strzelania z łuku. Ostatecznie to narodowy sport Bhutańczyków. Nasze wyniki nie zachwycają, ale trup ściele się gęsto i ogólnie jest bardzo wesoło.

Na koniec lądujemy w najstarszym hotelu w Paro. Warunki – super. Dwuosobowe bungalowy i bardzo dobra kuchnia. Gorzej z internetem, ale to nadrobię jutro.

Moto Voyager – Grzegorz Malicki