Dzisiejsza relacja będzie trochę inna od poprzednich. Głównymi bohaterami będą przyroda i ludzie. Darujemy sobie przygody, jak ta wczorajsza. Wszystko to działo się na trasie liczącej 168 km z Punakhi do Trongsy.

Wyprawa w dżunglę

Ekipa jak zawsze superpunktualna. Nie ma mowy nawet o minutowym spóźnieniu. To naprawdę wyjątkowe zjawisko. Wyjeżdżamy z gościnnego hotelu i udajemy się na wschód, bynajmniej nie w poszukiwaniu cywilizacji – raczej wręcz przeciwnie.

Z każdym kilometrem na wschód przyroda staje się bardziej bujna, zieleń soczysta, a zapach wprowadza nas w atmosferę dżungli. Dokładnie tak sobie wyobrażałem Bhutan. Rzeczywistość zaczyna pokrywać się z wyobrażeniem.

 

Właściwie cały dzień to wielka frajda z jazdy. Za nami sporo kawałków dróg bez nawierzchni. Można powiedzieć: prawie off-road. A wszystko to w bajecznej scenerii niesamowicie zielonych lasów, serpentyn wijących się wśród skał, wodospadów i pasących się na poboczu lub na środku drogi jaków. Czy może być piękniej? Pewnie będzie i to już w następnych dniach :).

Chwila refleksji

I jeszcze jedna uwaga. Nie ma lepszego środka lokomocji do zwiedzanie Bhutanu niż motocykl. Przy złej jakości, a często wręcz braku dróg, w aucie terenowym można by w tym samym czasie zobaczyć połowę tego, co na motorze.

A teraz trochę chronologii. Po pierwszym odcinku, tym najbardziej off-roadowym, zatrzymaliśmy się na herbatkę w klimatycznej restauracji. Herbatka jak herbatka, o wiele bardziej byłem zadowolony z fotki dwojga rowerzystów i z nowego gadżetu :).

 

Po przerwie ruszyliśmy do doliny Phobjikha. Przed rozjazdem zrobiliśmy zbiórkę, którą wykorzystałem na zrobienie kilku fotek. Zwiedziliśmy również klasztor, który należy do innego odłamu buddyzmu. Muszę powiedzieć, że jestem pod wrażeniem głębi i żarliwości wiary u Bhutańczyków. Wydaje mi się, że to ona i oparcie w mądrym władcy dają mieszkańcom tak duże poczucie bezpieczeństwa i odrębności. Wpływa również na ich sposób bycia – pełen godności, ale przyjazny, żeby nie powiedzieć przyjacielski. Niestety w żadnym z klasztorów czy dzongów nie wolno robić zdjęć. Dlatego wnętrz i modlących się ludzi nie zobaczycie. Chyba, że przyjedziecie do Bhutanu. Polecam :).

 

Przełęcz Pelela

Następny punkt programu to przełęcz Pelela, znajdująca się na wysokości 3300 m n.p.m. Ponieważ wiodła z niej dróżka jeszcze jakieś kilkadziesiąt metrów w górę, nie omieszkaliśmy przerwać podróży i z niej skorzystać.

Po drodze minęliśmy jeszcze stupę, czyli rodzaj budowli sakralnej. Mnie bardziej podobały się jednak towarzyszące temu okoliczności przyrody.

Do celu podróży pozostało nam już niewiele kilometrów. Ze względu na padający deszcz, opuściliśmy sobie punkt widokowy na Dzong Trongsa i pojechaliśmy prosto do hotelu. Oczywiście, jak zawsze powitała nas herbatka, wniesienie bagażów i nowość w postaci ciepłych, wilgotnych ręczników. Ponieważ deszczowi towarzyszyło lekkie ochłodzenie, były one jak najbardziej na miejscu.

Na koniec dnia urządziliśmy sobie pyszną kolację, tradycyjnie okraszoną whisky, i pogawędki.

Moto Voyager – Grzegorz Malicki