Prognoza pogody, którą zaserwował nam wieczorem nasz bhutański opiekun Dorji, na szczęście się nie sprawdziła. Zamiast zimna i deszczu było ciepło i słonecznie. Nie mogliśmy nie skorzystać z takiej okazji i nie wypić kawy na tarasie z przepięknym widokiem na góry. Później czekała nas trasa z Trongsy do Jakar – 90 km.

Tak na marginesie, wybierając się do Bhutanu nie warto patrzeć na prognozy pogody. Sprawdziliśmy wiele z nich i żadna nie była nawet zbliżona do rzeczywistości. Na dodatek pogoda tutaj potrafi się zmienić diametralnie w ciągu minuty. Dlatego jedyne plany, jakie mamy, to plany podróży :).

Dzong Trongsa

Pierwsza cześć dnia to zwiedzanie. Na pierwszy ogień poszedł Dzong Trongsa – największy i najbardziej niedostępny ze wszystkich. W dawnych czasach umożliwiał on kontrolę nad całym krajem. Ponieważ dzongi od zawsze pełniły rolę zarówno administracyjną i religijną, ich położenie miało istotne znaczenie. Zwiedzanie co prawda nie zaczęło się najlepiej, ponieważ pierwszy napotkany mnich nie wydawał się być uszczęśliwiony naszą wizytą, ale dalej było już zdecydowanie przyjemniej.

 

Udało nam się zobaczyć również Muzeum Narodowe, w którym oprócz eksponatów mogliśmy obejrzeć film o Bhutanie. A po części turystycznej nastąpiło to, co jest przez nas zawsze najbardziej wyczekiwane, czyli jazda. Do Bumthangu mieliśmy tylko 80–90 km, ale w takich warunkach to wcale niemało, szczególnie, że musieliśmy wspiąć się na przełęcz Yutongla na wysokość 3400 m n.p.m. i zjechać do miasteczka Jakar, znajdującej się na 2680 m n.p.m., gdzie mieści się nasz hotel.

Całą drogę wykorzystaliśmy na rozkoszowanie się jazdą, robienie zdjęć, kręcenie filmów i… lunch :). Może nie był on zbyt obfity, ale nie taki zły, żeby aż modlić się o więcej :).

 

Zjedliśmy go u Szwajcara – właściciela hotelu, w którym będziemy nocować dzisiaj i jutro. Jest on członkiem klubu motocyklowego BHUTAN DRAGONS MC. Dlatego po lunchu, już w asyście Bhutan Dragons, pojechaliśmy do Jakaru.

Nasi nowi towarzysze najpierw zawieźli nas do sklepu z wyrobami z wełny jaka. Było w nim wiele pięknych produktów za niesamowicie małe pieniądze. Moja czapka, o której zawsze marzyłem, kosztowała jedynie 25 zł.

 

Ze sklepu przeciągnęli nas piękną trasą do samego Jakaru. To chyba był najpiękniejszy dzisiejszy kawałek. Na koniec dnia zaczęło padać, czyli znowu mieliśmy szczęście :).

Bhutan Dragon

Niesamowitych wrażeń dostarczył nam również wieczór. Zostaliśmy zaproszeni na kolację do Bhutan Dragon. Jeden z członków, żeby dotrzeć na czas, jechał na to spotkanie 14 godzin bez przerwy.

Ja po lunchu wiedziałem już, że chcąc nie chcąc ze względu na swój wypadek będę „gwiazdą wieczoru”, a jakoś nie marzyłem o takiej popularności w Bhutanie. Dlatego próbowałem się zabarykadować, ale zostałem wywleczony siłą. Film z drastycznymi scenami ze mna i „tatą” w roli głównej wzbudzał ogromne zainteresowanie, a reakcje były dość burzliwe :).

 

Po części oficjalnej odbył się wspaniały obiad z tortem urodzinowym na deser. W sumie cały wieczór był przesympatyczny. Mieliśmy również okazję skosztować bhutańskiego alkoholu z baniaczka. A na początek – żeby nas odpowiednio uhonorować – dostaliśmy po kieliszeczku polskiej żubrówki. Po imprezie razem wyskoczyliśmy na miasto, żeby zobaczyć, jak bawią się lokalni ludzie. Wylądowaliśmy w bhutańskim klubie karaoke. Było na co popatrzeć :).

 

Ponieważ kręciłem filmy i robiłem zdjęcia, zostałem oddelegowany do pierwszego rzędu. Nie protestowałem jednak :). Niestety, ze względu na to że, kolejnego dnia czekał nas spory kawałek off-roadu, około północy wróciliśmy do hotelu, dlatego w pełni życia nocnego i zwyczajów Bhutańczyków nie udało mi się zgłębić :).

Przed snem zmierzyliśmy się jeszcze z buteleczką K5i tak zakończyliśmy kolejny dzień :).

Moto Voyager – Grzegorz Malicki