Zgodnie z wczorajszą umową i podobnie jak przez całe dwa tygodnie, wszyscy punktualnie o 5.45 byli przygotowani do drogi. Po kawie podrzucono nas lokalnym transportem na granicę, gdzie przesiedliśmy się w podstawione trzy samochody.

Od przybytku głowa nie boli

Całe szczęście, że były trzy. Poprzednio z lotniska podstawiono dwie Toyoty, które wprawdzie nas zabrały bez problemu, ale bagaż musiał jechać na dachu. Dzisiaj – przy ciągle mocno podającym deszczu – w takich samych okolicznościach trasportu mogłoby być z nim kiepsko.

Na granicy pożegnaliśmy się z naszymi bhutańskimi opiekunami. Mieliśmy szczęście – byli bardzo sympatyczni i starali się, żebyśmy wywieźli jak najlepsze wspomnienia. Gogo, który naprawdę świetnie jeździ, zaliczył dwa szlify, żeby nam się nie nudziło :). Dlatego wierzymy, że w świecie Facebooka żadne znajomości nie umierają na zawsze i będziemy mogli śledzić, co się u nich dzieje ciekawego.

Wyloty i przeloty

Podróż na lotnisko przebiegła bez ekscesów. Dotarliśmy tam około godziny 9.30. Po śniadaniu, w które zostaliśmy wyposażeni w hotelu, po whisky K5, w którą wyposażyliśmy się sami, już po niecałych siedmiu godzinach czekania, odlecieliśmy do Delhi. Znów jako jedyny musiałem zapłacić nadbagaż. Widocznie moje rzeczy motocyklowe są cięższe niż innych, bo nie widzę innego wytłumaczenia :).

W Delhi czekał nas długi postój do lotu w kierunku Dohy. Na szczęście Ola z Samborem wpadli na świetny pomysł – zarezerwowali dla naszej resztki pozostającej dłużej w Delhi nocleg w hotelu. Z przejazdem z lotniska i na nie wyniosło to 40 USD. Dzięki temu mogliśmy spacerować po zaułkach Delhi, skosztować tutejszych momosów, wypić doskonały sok ze straganu i jeszcze przespać się przez cztery godziny i wziąć prysznic.

O 3.00 w pełnej gotowości czekaliśmy na taksówkę. Podczas odprawy okazało się, że zabrakło miejsc w samolocie, dlatego Oli, Samborowi i mnie zaoferowano podróż w klasie biznesowej. Po krótkim wahaniu zgodziliśmy się i wylądowaliśmy w kapsule business Dreamlinera :). Był to nieprawdopodobny komfort. Na początek – gorący ręczniczek, dzięki któremu poczułem się jak w Bhutanie. Później pyszne śniadanko, doskonała kawa z ekspresu i można było w pełni wykorzystać jedno z dziesięciu zaprogramowanych ustawień fotela. Po przebudzeniu czekały nas napoje i drinki, a w toalecie do naszej dyspozycji były szczoteczki do zębów. Finalnie, sześć godzin lotu minęło bardzo miło :) . Na szczęście w Doha mieliśmy bardzo krótki transfer i już po dwóch godzinach siedzieliśmy w samolocie do Warszawy, w której znaleźliśmy się po kolejnych sześciu godzinach bezproblemowego lotu.

I to już koniec fantastycznej wyprawy zorganizowanej wspólnie przez Bhutanadventura (Ola) i ADVfactory (Sambor).

Moto Voyager – Grzegorz Malicki