Każdy z nas jest w jakimś miejscu na drodze do realizacji marzeń. Sięganie po nie samo w sobie jest wystarczającym motorem do działań. Jest jednak jeszcze coś, co powoduje, że samo dążenie do ich spełnienia może dać nam większą, dużo większą, satysfakcję niż osiągnięcie celu. Tym czymś jest... świadome podążanie prowadzącą do marzeń ścieżką.

Z życiem jest jak z wioską smerfów

Czy zastanawialiście się kiedykolwiek, dlaczego Gargamel, niestrudzenie dążąc do złapania Smerfów i odkrycia ich wioski, nigdy nie osiągaswego celu? Przecież stosuje absolutnie wszystkie „kroki“ i „techniki“, które mogłyby zapewnić mu sukces: wie, czego chce, podejmuje decyzję, uczy się, wyobraża sobie cel. Jest niesłychanie zaangażowany. A jednak tej wioski nie odkrywa. Dlaczego?

Moim zdaniem jego prawdziwym celem i marzeniem jest bycie jak najlepszym w łapaniu Smerfów, nie samo ich złapanie. On po prostu chce się w swej „sztuce“ nieustannie doskonalić. Podążać swą ścieżką. Gonić, a nie złapać. To go, tak naprawdę, bawi.

Nie jest przywiązany do swego marzenia. Ono mu, oczywiście, wytycza kierunek działań i budzi w nim emocje. Co by jednak było, gdyby wioskę Smerfów znalazł? Na pewno czar by prysnął, tajemnica się rozwiała, a sam Gargamel musiałby poszukać nowego marzenia do realizacji. Trudno nawet przypuszczać, co by to było.

Nie przywiązuj się do marzeń

Już Budda nauczał, że największymi wrogami człowieka są pragnienia i przywiązywanie się do przedmiotów (materialnych bądź niematerialnych). W dużej mierze są to powody naszego cierpienia.

Podobnie jest z przywiązaniem się do swego marzenia. Założenie, że nie będziemy szczęśliwi, dopóki go nie zrealizujemy, może bowiem wyrządzić nam wiele złego i przesłonić wiele dobrego.

Nigdy nie mamy 100% gwarancji, że nasze marzenie zrealizujemy. I nie możemy jej mieć. Zawsze może zdarzyć się coś, czego nie przewidzimy i na co nie mamy wpływu. Nie powinniśmy więc dopuszczać do tego, by takie zdarzenia powodowały w nas długotrwałe rozgoryczenie i wpływały negatywnie na nasze poczucie własnej wartości. Musimy wystrzegać się przekonania o swej nieudolności.

Przykład z przestworzy

Adam Małysz zawsze marzył o zdobyciu złotego medalu olimpijskiego. W 2002 roku był bardzo blisko tego celu. Jednak niczym diabeł z pudełka „wyskoczył“ wówczas Simon Amman. Zdobył dwa złote medale. I co? Czy Małysz się poddał? Rozpaczał? Obrażał się na rzeczywistość? Nie – wziął się do roboty. I dzięki temu jego kariera trwała tak długo.

8 lat później zdobył dwa medale olimpijskie. Jednakże „złota“ znowu zawisły na szyi Simona. Adam za to mógł się cieszyć z pięknej, długiej, zakończonej „z przytupem“ kariery, w czasie której niesłychanie się rozwinął. Jako sportowiec i jako człowiek.

Podobnie jak Piotr Małachowski, któremu złoto mistrzostw świata i olimpijskie w ostatnich rzutach odbierali bracia Harting. Tym razem jak dwa diabełki z pudełka... Piotr to jednak polski żołnierz. Broni jeszcze nie złożył :).

Chciej tego, co musisz

Do czego zmierzam? Do tego, że nadmierne przywiązywanie się do swojego marzenia odbiera nam pewien luz związany z podążaniem ku niemu. Może powodować spięcie, desperację i negatywne emocje, a w efekcie – przesłonić nam radość z dążenia do niego i stawania się przy tym kimś nowym.

I nie chodzi tu o obojętność wobec swego marzenia. Postawę: „tak naprawdę to mi wisi“. Takie podejście może bowiem prowadzić do apatii, cofania się w rozwoju i braku zaangażowania. A przecież o to chodzi, by być jak najbardziej zaangażowanym.

Warto jednak przy tym zachować pewien dystans. Nie utożsamiać się ze swym marzeniem i nie oddawać mu władzy nad sobą, nie tracąc go jednocześnie ze swego „radaru“. Nie trzeba przestawać do niego dążyć. Ale wyrażanie tego w „MUSZĘ“ niż „CHCĘ“ paradoksalnie zmniejsza nasze szanse na powodzenie.

Jak być Kimś

Takie utożsamienie się z marzeniem można porównać do postawy ojca, który marzy o tym, by jego dzieci stały się Kimś, przy czym to on określa, kim mają się stać. Nie zazna on spokoju, nie będzie szczęśliwy i spełniony, póki jego dzieci nie zostaną, na przykład, lekarzami. Nie byłoby w tym nic złego, ale to marzenie może spowodować, że utraci 20 lat „drogi“ ze swymi dziećmi. Nie wykorzysta tego czasu, w którym tym Kimś jeszcze nie będą. A potem może się okazać, że bez względu na to, czy lekarzami dzieci zostały, czy też nie, nic nie poukładało się zgodnie z założeniami. Rozumiecie o co chodzi?

W realizacji naszych marzeń, w zaangażowanym i zdystansowanym dążeniu do nich, chodzi głównie o to, kim my się przy tym stajemy, jak się rozwijamy i pokonujemy kolejne przeszkody. Bo dążenie do realizacji marzeń częściej przypomina runmageddon niż płaski bieg długodystansowy. Dlatego ważne jest, czego się przy tym uczymy, ale też jaką czerpiemy z tego radość i satysfakcję.

To w czasie wędrówki ku marzeniom stajemy się kimś nowym, kto więcej potrafi, rozszerza granice swojej strefy komfortu. Nie osiągamy tego na mecie naszego prywatnego wyścigu. Stajemy się tym kimś właśnie wtedy, gdy do niej dążymy. O ile robimy to wytrwale.

Liczy się droga

Dlatego uważam, że naszym celem jest – lub powinna być – sama droga. Ścieżka, która jest przez nas odkrywana po drodze do marzeń. A jeszcze dokładniej, tym celem jesteśmy my sami – lepsi, mądrzejsi, bardziej doświadczeni, potrafiący więcej i nie dający się obawom. Po prostu szczęśliwsi.

Owo szczęście, samorealizację bądź spełnienie, możemy odczuwać i przeżywać tylko „teraz“. Nie mamy na to możliwości jutro lub za kilka dni. W radości z drogi do marzeń nie ma bowiem jutra. Jest tylko dziś. A kiedy mija i idziemy spać, wstajemy i... znów jest dziś.

Co więcej: wszystkie te pozytywne (jak i negatywne) emocje możemy odczuwać za siebie tylko my sami. Nie możemy ich na nikogo „scedować“, podobnie jak nie możemy zaspokoić swojego głodu, jeśli ktoś zje za nas posiłek. Co więcej, jedynie od nas zależy, jak sobie ten posiłek przygotujemy, gdzie i z kim go zjemy, czy będzie jeszcze ciepły, a może jedynie odgrzewany, czy go dobrze przyprawimy.

Oczywiście na swojej drodze nieraz spotkamy i takich, którzy będą chcieli nam posiłek obrzydzić. Zwłaszcza jeśli sami będą „głodni“. Takich nie brakuje. Nie można im jednak pozwolić na „dmuchanie nam w naszą kaszę“. Brnijmy do przodu, patrzmy uważnie i bądźmy świadomi. Życie bowiem jest darem, który służy realizacji naszych marzeń. A rozwój jest naszym przeznaczeniem, bo już samo dążenie do nich nas rozwija. Bo „celem“ jesteśmy My. Nowi, lepsi, szczęśliwsi. Czyż nie? 

YOLO!

PS. Moją prywatną „tajną i sprytną“ strategią na nieprzywiązywanie się do swoich marzeń jest realizowanie przynajmniej kilku na raz: mniejszych, większych, bardziej lub mniej czasochłonnych, trudniejszych lub łatwiejszych. Nie wszystkie zrealizuję. Akceptuję to. Niektóre też sobie odpuszczam, gdy na horyzoncie pojawi się coś „jaśniejszego“. Ale „bilans“ mam zawsze dodatni.

 








  Tomek Kania