Dziś będzie bardzo wakacyjnie. O nurkowaniu. Choć to tylko „przykrywka“.

Zacznę od tego, że uwielbiam nurkować. I choć nie mam specjalnego pojęcia o kite- czy wind-surfingu, wspinaczce skałkowej, żeglowaniu, grze na gitarze czy wielu innych aktywnościach przydatnych w czasie wakacji, to pod wodą czuję się niczym karp na wigilijnym stole. Czyli na swoim miejscu (to miał być żart, ale chyba jest słaby – napiszę zatem, że czuję się tam niczym Kubica w bolidzie F1).

Nieskromnie (znowu?;-)) napiszę, że jestem w tym dosyć dobry. A bierze się to z faktu, że byłem pod wodą grubo ponad 300 razy i spędziłem tam łącznie jakieś 2 całe tygodnie (24/7). Oczywiście nie na raz – zajęło mi to kilkanaście lat. Jednak tak to lubię, że za każdym razem, gdy schodzę pod wodę, robię sobie jakieś ćwiczenia. Próbuję różnych nowych rzeczy. Potrafię na przykład zawisnąć nieruchomo z głową do dołu (co jest szczególnie przydatne przy obserwowaniu homarów, kryjących się na ogół pod skałkami) czy pływać do tyłu – niczym śp. Michael Jackson tańcząc na scenie.

Potrafię też na pierwszy rzut oka rozpoznać, czy ktoś jest doświadczonym nurkiem. Jak? Otóż ci doświadczeni pływają zupełnie inaczej – praktycznie nie używają rąk, które pod wodą są właściwie zbędne. Inaczej też pracują płetwami – w przeciwieństwie do tych mniej doświadczonych nie wykonują bowiem typowych ruchów jak przy kraulu. Wiedzą, że takie „kraulowe kopanie wody“ jest bardzo nieefektywne przy nurkowaniu i powoduje większe zużycie powietrza, a ono jest pod wodą najcenniejsze.

Doświadczeni nurkowie pływają spokojnie. Swobodnie. Z rękami skrzyżowanymi na piersiach. I zużywają dużo mniej powietrza.

Każdy może się tego nauczyć. Wysoki, niski, młodszy, starszy, cięższy, lżejszy, umiejący pływać i nieumiejący. Chłopak i dziewczyna. Każdy, kto zejdzie pod wodę wystarczająco dużo razy i wykona swoje ćwiczenia. A te wykonuje się tym chętniej i sprawniej, im bardziej się to lubi.

Truizm? Może. Nie każdy – oczywiście – lubi nurkować. Są tacy, którzy wolą śmigać na desce czy po skałkach. Jednak aby być w czymś dobrym, trzeba to coś wybrać. I ćwiczyć. A początki zawsze są trudne. Pamiętam doskonale, jak obijałem się o rafy. I spadałem na dno. Jednak dwa tygodnie spędzone w morzach świata procentują.

Do czego zmierzam? Mam nieodparte wrażenie, poparte licznymi obserwacjami (w tym równiez obserwacji siebie z niedalekiej przeszłości), że wielu z nas ma tendencje do tego, by w pewnym momencie, po osiągnięciu pewnego życiowego pułapu, przestać uczyć się świadomie nowych rzeczy. Czasami trudnych. Nie wierzymy, że włożony w to wysiłek się opłaci. Że osiągniemy pewien poziom i będziemy mogli w mgnieniu oka zorientować się, czy ktoś jest już doświadczonym nurkiem, czy jeszcze nie.

Chcemy od razu być idealni, perfekcyjni, najlepsi. Jak nie możemy – odpuszczamy. A to błąd. Jak bowiem mówi Harv: prawie wszystkiego w życiu można się nauczyć. Trzeba tylko chcieć. Wybrać. I działać.

Pomoże przy tym swoista zasada „procentu składanego“ – jeśli dziś poprawimy się o 10%, to jutro już o 11% przy tym samym wysiłku (bo mamy większą „bazę“). A za tydzień, rok, dziesięć lat? Będziemy mogli pływać do tyłu z głową do dołu. Czy latać na kajcie. Czy grać więcej niż kilka akordów na gitarze.

Ważne jest przy tym, by w miarę możliwości, zwłaszcza na początku, znaleźć jakiegoś dobrego nauczyciela. Mentora. Kogoś, kto podpowie, że machanie nogami jak do kraula to nie najlepszy sposób. I pokaże coś, co jest bardziej efektywne i nie powoduje wzbijania tumanów piasku, gdy chce się sunąć tuż nad dnem morza. Bo z pomocą Nauczyciela szybciej zbudujemy większą „bazę“. I szybciej wejdziemy na wyższy poziom.

Zapewniam, że na świecie jest dużo osób chcących dzielić się swym doświadczeniem. Sam mam tendencję do udzielania podpowiedzi mniej doświadczonym nurkom. Sprawia mi to bowiem satysfakcję. Innym też. Trzeba tylko zaakceptować fakt, że oni patrzą na pewne rzeczy inaczej. Bo już swoje „ćwiczenia“ wykonali. I były to ćwiczenia praktyczne. W realnym życiu, na realnych jego „boiskach“. Czy to w biznesie, sporcie, turystyce czy czymkolwiek innym – choćby w tym, co nazywamy „rozwojem osobistym“. Niczym Bruce Lee, Rocky Balboa czy Michael Jackson. Lub Harv Eker.

Miałem to szczęście, że tego ostatniego poznałem osobiście. I jestem mu niesłychanie wdzięczny, bo od tego spotkania zaczęła się wielka zmiana w moim życiu. I choć jakieś 95% z tego, o czym mówi, to rzeczy mi znane – te dodatkowe 5% było warte każdej spędzonej minuty. Każdego wydanego dolara. 

Oczywiście potem byli następni – zgodnie z zasadą, że gdy uczeń jest gotowy, nauczyciel się znajdzie. Wszystkim im jestem niesłychanie wdzięczny. Harv jednak był pierwszy. Choć oczywiście nie on uczył mnie nurkowania ;-). Ale zasady są takie same.

Pamiętam, gdy mówił, iż wystarczy mu 5 minut rozmowy z kimkolwiek, by mógł stwierdzić, czy ten ktoś odniesie w życiu sukces, czy nie. Wówczas myślałem, że przesadza. Teraz wiem, że nie myliłem się – przesadzał. Na ogół wystarczą bowiem jakieś dwie minuty.

Żeby się dowiedzieć choćby, czy ktoś realizuje w życiu swe marzenia, wystarczą de facto dwa pytania:

1. Jakie jest Twoje marzenie? Konkretnie.

2. Co zrobiłaś/eś w ciągu ostatnich trzech dni, by zbliżyć się do jego realizacji? Konkretnie.

Każdy może sam sobie takie pytania zadać. A później na nie odpowiedzieć. I wysnuć z tych odpowiedzi wnioski. I ruszyć do przodu. Jakoś tak między „wczoraj“, a „jutro“ ;-).

A odpowiadając na tytułowe pytanie: oczywiście ręce są nurkowi potrzebne do pokazywania „okejek“. Poza tym są pod wodą bezużyteczne przez większość czasu. Ale tej wiedzy nabywa się z czasem. I praktyką. I z wielką przyjemnością!

YOLO!








  Tomek Kania  


PS. A ostatnio nauczyłem się nawet „układać“ wpisy pod wodą!