Co by było, gdybym stanął u zbiegu ulicy Marszałkowskiej i Alej Jerozolimskich w Warszawie, w pobliżu Pałacu Kultury, i przeprowadził ankietę wśród przechodniów, zadając im jedno, jakże aktualne, pytanie:

„Jak wygląda droga nad morze“?

Oczywiście nie wiem, ale mogę założyć, że jakieś 80% osób odpowiedziałoby mniej więcej tak:

„Trzeba pojechać Jerozolimskimi na zachód, następnie dojechać do obwodnicy, która prowadzi do autostrady A1. Autostradą już prosto – do Sopotu. Oczywiście po drodze czekają korki na bramkach pod Toruniem, no ale tak to już jest. Może nie będą duże? Droga jest prosta, dobrze oznakowana. Po bokach widać głównie ekrany dźwiękochłonne – kto ich tyle nastawiał? I po co? Tak czy inaczej, w zależności od korków po 4–5 godzinach jest się nad morzem“.

 

A w korkach niektórzy się denerwują, inni mniej, jeszcze inni wcale.

Tak (zapewne) odpowiedziałoby około 80% zapytanych. Pozostaje jeszcze 20%, którzy mogli by odpowiedzieć inaczej, choćby: „nie wiem, nie byłem“, „najlepiej pojechać pociągiem – zapytaj na dworcu“, „a zależy dokąd dokładnie – mamy kilkaset kilometrów wybrzeża“, „nie jedź nad morze! – pojedź w góry lub na Mazury; nad morzem strasznie tłoczno“, „chcesz tam dojechać szybko czy ciekawie?“, „ja też jadę nad morze, ale najpierw zahaczę o Przystanek Woodstock“, „nie gadaj głupot, tylko kopsnij na piwo“, „daj mi spokój“ lub „ja tu pracuję – ty też weź się lepiej do uczciwej roboty“.

Zapewne znaleźli by się też tacy, którzy spytaliby, o które morze mi chodzi? Bałtyk? Ochockie? Śródziemne? Tak czy inaczej: może proporcje nie byłyby 80% / 20%, ale jestem pewien, że większość osób odpowiedziałaby „A jedynką“. A przecież nad morze prowadzi tyle różnych dróg. Nad każde z mórz...

Dlaczego tak jest? Otóż (a dotyczy to wszystkich nas) do odpowiedzi na takie (jak i inne) pytania używamy swych mózgów, które „przetwarzają“ nasze myśli. Stamtąd odpowiedzi na ogół pochodzą (czasami z serca). Nasze mózgi składają się z około 100 miliardów komórek, które łączą się ze sobą za pomocą połączeń nerwowych. I mogą to zrobić na nieskończoną liczbę możliwości. Dlatego każdy z nas jest inny i inaczej myśli. Moje myśli są zupełnie inne niż naszych polityków, na przykład.

 

Te połączenia między komórkami „myślącego“ mózgu tworzą się od (przyjmijmy, że od dnia narodzin). Przy czym na początku nie mamy na to praktycznie żadnego wpływu – nie myślimy bowiem świadomie. Z biegiem czasu nasza świadomość rośnie i możemy (świadomie) na te połączenia wpływać (co wymaga świadomego trudu). Niemniej jednak tak do czwartego roku życia czerpiemy głównie z otaczającego nas środowiska. Wtedy też kształtują się nasze najważniejsze, najgłębsze, przekonania. Tworzą się swoiste „autostrady“, po których mkną nasze myśli.

A tak na marginesie: jako że my, Polacy, wychowujemy się zasadniczo w innym środowisku niż Czesi, Niemcy, Rosjanie, Mongołowie czy Amerykanie, to mamy różną od nich mentalność (zasadniczo).

Tak czy inaczej: przez całe życie tworzymy sobie takie systemy „dróg i autostrad“ po których mkną nasze myśli. I tu zaczyna się pewien problem. Otóż zgodnie z założeniem, że wszystko jest energią, a wszechświat zdaje się działać zgodnie z zasadą jej zachowania (jak najmniejszego jej wydatkowania), mamy ogromna tendencję do tego, by nasze myśli „biegły jak najszerszymi kanałami“. By traciły przy tym jak najmniej energii. Byśmy my jej jak najmniej tracili.

 

I co się dzieje? Ktoś nas pyta u zbiegu Marszałkowskiej i Jerozolimskich o drogę nad morze, a nasze myśli „wpadają“ w pewien „kanał“. Szeroką autostradę w mózgu, nomen omen. I udzielamy najłatwiejszej odpowiedzi. A jako że nasze myśli mkną z prędkością ca 400 km / godzinę, to zanim się złapiemy na tym, że może koleś pytał o co innego – już udzieliliśmy odpowiedzi. Oczywiście o ile przyjdzie nam w ogóle do głowy myśl, że mógł pytać o coś innego (taka „ścieżka“ może być w naszym mózgu w ogóle nie przetarta).

Do czego zmierzam? Otóż mamy tendencję do tego, by nasze myśli „pomykały utartymi ścieżkami“. Jesteśmy do tego przyzwyczajeni. Nie wymaga to od nas zbytniego wysiłku. I dobrze. Powtarzam, że gdybyśmy się zastanawiali dogłębnie, codziennie, nad każdym aspektem naszego życia, to pewnie nie wstalibyśmy rano z łóżka, bo zanim byśmy zadecydowali jak i po co, to już byłaby noc. I trzeba byłoby iść spać.

Problem jednak pojawia się wtedy, gdy nasze „autostrady“ (a podróżuje się nimi najszybciej) nie wiodą nas do miejsc, w których chcielibyśmy się znaleźć. Innymi słowy: gdy mamy przekonania ograniczające nas w realizacji naszych Marzeń.

Dla przykładu: ktoś ma myśl, że może jednak warto się wciąż uczyć? Ale taka myśl wpada na „autostradę“: „to nie dla mnie – jestem za... (cokolwiek) i tak nie ma to już sensu“. Albo na inną: „a ile to kasy kosztuje! – nie stać mnie“. I mknie ta myśl szybciej niż Kubica po torze. A na koniec ląduje "w koszu". Lub powraca.

Jeszcze większy problem jest bowiem wtedy, kiedy te nasze „autostrady“ przypominają tak naprawdę tory Formuły 1. Po których nasze myśli pędzą jak oszalałe, ale... wciąż w kółko. I co chwila jesteśmy w tym samym miejscu, choć mamy wrażenie, że się strasznie „namyśleliśmy“. Tyle tylko, że z tego myślenia nie wychodzą nowe rezultaty – kręcimy się bowiem wewnątrz tej samej, dobrze nam znanej, strefy komfortu. I może „na okrążeniu“ jest nawet bardzo ciekawie, ale po iluś latach jeżdżenia w kółko... No, wiadomo co się chce.

 

Dlatego powtarzam (i powtarzał będę, za mądrzejszymi ode mnie): jeśli chcemy zmienić nasze życie, jego efekty oraz to, co do siebie przyciągamy i co z tego w ogóle zauważamy lub to, gdzie w życiu jesteśmy, musimy nieustannie rozbudowywać „sieć swoich dróg i autostrad“. I przestać poruszać się wyłącznie utartymi ścieżkami. Pójść czasami bezdrożami. Przebić jakąś nową ścieżkę. Choć wymaga to wysiłku. I wiąże się z ryzykiem.

Dlatego najlepiej najpierw zaplanować dokąd chcemy dotrzeć? Wtedy wiemy, jakie ścieżki i drogi zacząć budować. I którędy będą prowadzić. No, chyba że chcemy co roku jechać "A jedynką" do Sopotu. Tylko korki mogą być większe w przyszłości, jeśli wszyscy będą tak chcieli...

By to zrobić, by zacząć rozbudowywać swą „sieć“ niezbędna jest świadomość. Świadomość tego, które z naszych „dróg“ wiodą nas donikąd. Albo prowadzą w kółko. A bardziej po ludzku: świadomość tego, które z naszych przekonań nas ograniczają w dążeniu do samorealizacji. I powtarzam: nie ma złych i dobrych przekonań (z wyjątkiem tych, które ograniczają wolność innych osób – te są złe).

Są tylko przekonania istotne i nieistotne. Wspierające i ograniczające. Świadome i nieświadome.

Sztuka polega na tym, by świadomie „eliminować“ te istotne i ograniczające, zamieniając je na wspierające. Wymaga to wysiłku. Uważności. Odwagi. Świadomości, przede wszystkim. Ale ta praca może dać niewyobrażalne efekty. Może zmienić nasze życie „jak noc i dzień“. Wiele żyć już zmieniła.

A osobiście uważam, że najfajniejsza droga nad morze została pokazana w serialu „Podróż za jeden uśmiech“.

YOLO!








  Tomek Kania