Wielu spośród nas zna Rocky'ego. Boksera. Wojownika. Zawsze zwyciężającego, mimo przeciwności losu i trudnych przeciwników. Padającego na deski, wstającego z kolan. Walczącego. Zwycięskiego. Chcielibyśmy być tacy jak on. A przynajmniej ja bym chciał.

Ale czy Rocky się modlił? Oczywiście! Jakieś 60 tysięcy razy w ciągu dnia. Tak przynajmniej twierdzą naukowcy. Tyle bowiem mamy dziennie myśli. A każda z nich to rodzaj „modlitwy”. Zaczynamy zatem...

RUNDA I

Rocky wchodzi do ringu. Z myślą: „chcę wygrać tę walkę!” (a bardziej po naszemu: „chcę zmienić pracę”, „chcę mieć fajnego partnera”, „chcę przebiec maraton”, „chcę mieć dużo pieniędzy”, „chcę zdać na studia”, „chcę wieść szczęśliwe życie”, „chcę podróżować”, „chcę...”.) To pierwsza myśl. Chcę! Rocky prowadzi.

Ale za chwilę pojawiają się myśli: „to nie dla mnie", „jestem za... stary/młody/mądry/głupi/co kto tam chce”, „i tak się nie uda”, „ale jak to?”, „zaraz, zaraz... inni mają gorzej”, „Zenkowi się nie udało, to mi ma się udać?”, „a co powiedzą koledzy?”, „tyle z tym wysiłku”, „po co mi to?”, „co ja sobie ubzdurałem?”, „to nie jest wcale ważne”. I tak dalej.

Wynik rundy? 1:11 dla przeciwnika Rocky'ego. Nawet najbardziej skorumpowany sędzia nie przyzna mu zwycięstwa. Nie ma zresztą jak: Rocky leży na deskach. Sędzia go liczy. Rocky jednak wstaje. Walczy dalej. W końcu jest już po trzydziestce, ale wciąż przed czterdziestką.

RUNDA II

Rocky wchodzi na ring. Z myślą: „CHCĘ wygrać tę walkę”! Teraz, albo nigdy!

I myśli: „kurde, inni wygrywają, to dlaczego ja mam nie wygrać?”, „co mam zrobić, żeby wygrać?”, „Zenek mówił, że przegrał, ale gdyby się lepiej przygotował, to przeciwnik był do pokonania”, „coś o tym poczytam, czegoś się nauczę”, „zaraz mu dowalę prawym prostym – poszukam tylko sposobu”, „nie ma niepokonanych bokserów, są tylko źle trafieni”, „mam jeszcze dwie rundy”, „zawsze jest jakieś rozwiązanie”, „nie poddam się, nie ma takiej siły”.

Runda kończy się wynikiem 10:0 dla Rocky’ego. Stan walki: 11:11. Sędzia jest pod wrażeniem. Dzieje się.

RUNDA III

Rocky jest na fali. To ostatnia runda – decydująca. Śle następującą „modlitwę”: „Jest dobrze, da się!”. Walczy. Myśli sobie: „jestem coraz bliżej, nie mogę się poddać”, „koledzy na pewno mnie docenią, a przynajmniej żona i dzieci”, „warto było”, „nauka się przydała”, „jestem już blisko, coraz bliżej”

Gong. Sędzia nie ma wyboru. Rocky wygrywa.

Każdy z nas toczy takie walki. Codziennie. Kluczem do zwycięstwa są myśli. Świadome.

Brzmi to być może trochę poetycko, ale tak to właśnie wygląda. Swoimi myślami, swoimi „modlitwami” oraz wynikającymi z nich emocjami i działaniami nadajemy kształt swemu życiu. Każdą z nich wpływamy na Pole Możliwości. Na każdą z nich „przeciwnik” odpowiada ciosem. Nie da się? Proszę bardzo – odpowiada prawym sierpowym. Da się? Chowa się za gardą.

Bokser, który chce wygrać swą walkę, nie macha rękami na oślep w prawo i w lewo. Świadomie za to wyprowadza „ciosy”. I myśli. Bez tego nie wygra.

Najczęstszym naszym błędem jest to, że naprawiamy „ring” i zewnętrzne okoliczności. Bo liny nie takie, parkiet mokry i za twardy, a sędzia był w zeszłym roku pijany. Oświetlenie nam przeszkadza. Wycieramy deski ringu, chcemy zmieniać żarówki w suficie. Sędziego.

Wydaje nam się, że jeśli wyjdziemy na tak perfekcyjnie przygotowany ring, to wygramy. Bez trudu. Jednak nowe liny, żarówki i sędzia nie pomagają. A walkę wygrać się chce. Takie małe reminiscencje bokserskie...

„Módlmy się”. Świadomie. Każdy „ruski” bokser jest do pokonania. Rocky to wie!

Nie zmieniajmy świata. Zmieńmy siebie. A i świat wokół nas się zmieni. Przeciwnik w końcu padnie.

YOLO!

PS. Przepraszam wszystkich Rosjan – nie chciałem nikogo urazić. To „Rocky 4”.








  Tomek Kania