Galopująca akcja i brawurowe sceny kaskaderskie – to znaki rozpoznawcze „Szybkich i wściekłych”. Wchodzący właśnie do kin ósmy film z cyklu nie jest tu żadnym wyjątkiem.

 

Bohaterów serii spotykamy w momencie, gdy tempo ich życia wydaje się wyhamowywać: Letty (Michelle Rodriguez) i Dominic (Vin Diesel) spędzają miesiąc miodowy na malowniczej Kubie, a Luke Hobbs (Dwayne Johnson) trenuje drużynę piłkarską złożoną z... małych dziewczynek. Sielanka ta nie potrwa jednak długo. Już wkrótce bohaterowie zwrócą się przeciwko sobie, włączeni w konflikt, mogący stać się zarzewiem III wojny światowej (w rolę rozdającej karty wciela się tu Charlize Theron). Powstrzymać ją są w stanie jedynie – jakżeby inaczej – rozpędzone do granic wytrzymałości samochody.

 

„Szybcy i wściekli 8” to film nakręcony z ogromnym rozmachem. Jego akcja wędruje niemal po całym globie, by znaleźć swój kulminacyjny moment w rosyjskiej bazie podwodnych łodzi atomowych. Sceny pościgów, zrealizowane z dużą pieczołowitością, naprawdę mogą zachwycać (na uznanie zasługuje chociażby ta, w której zhakowane auta tworzą rozpędzony korowód mechanicznych zombie). Imponujące jest również tempo akcji, utrzymywane na stałym poziomie przez praktycznie cały czas trwania seansu.

 

Trudno jednak przy tym nie odnieść wrażenia, że za tą zawrotną prędkością nie nadążają... sami scenarzyści filmu. Dialogi rażą banałem, momentami akcja wymyka się logice, a efekty specjalne rozmijają się z prawami fizyki. Drażnić może również sposób filmowania i montażu, balansujący między teledyskiem a telenowelą. „Szybcy i wściekli 8” jako zbiór pościgów i scen kaskaderskich bronią się nieźle. Jako film fabularny – zdecydowanie gorzej.

„Mnie się podobają melodie, które już raz słyszałem” – deklarował nieśmiertelny inżynier Mamoń w „Rejsie”. Podobnie jest z filmem „Szybcy i wściekli 8”. Spodoba się on tym, których zachwyciła  część siódma, szósta czy piąta. Sceptycy po zobaczeniu ósmej części raczej się do tej serii nie przekonają.








Barbara Englender