Młoda, ambitna nauczycielka stająca oko w oko z poważną chorobą, stateczny profesor poproszony o wyjątkowo nieetyczną przysługę i chłopak podrywający byłą dziewczynę swojego przyjaciela... To tylko część bohaterów, za pomocą których – niczym z kawałków mozaiki – twórcy filmu „Po prostu przyjaźń” próbują złożyć opowieść o lojalności i braterstwie.

 

Gdy w 2011 roku do kin wchodziły „Listy do M.”, nikt chyba nie spodziewał się aż takiego sukcesu. W sam weekend otwarcia film zobaczyło niemal 400 tysięcy widzów. Nic zatem dziwnego, że promocja najnowszej produkcji tych samych twórców opiera się głównie na porównaniach do kinowego hitu. Jak na tym tle wypada „Po prostu przyjaźń”? Zgodnie z zapowiedziami, film oferuje wielowątkową, ciepłą (ale summa summarum bardzo prostą) historię. Komedia Filipa Zylbera momentami wzrusza, momentami bawi, lecz – co ważne – nie stara się tego robić na siłę.

 

Twórcy filmu, by zaprezentować wszystkie stworzone przez siebie postaci, od pierwszych minut seansu musieli narzucić widzom bardzo szybkie tempo. Na dłuższą metę było ono jednak nie do utrzymania. W momentach, kiedy ten dynamiczny rytm jest wytrącany, na pierwszy plan zaczynają wychodzić mielizny scenariuszowe, niekonsekwencje, a czasami i rozwiązania pozbawione całkowicie logiki. „Po prostu przyjaźń” zawiera tyle wątków, że można nimi obdzielić kilka produkcji. Być może dlatego w większości zostały one potraktowane po macoszemu. Choć część z nich zarysowuje naprawdę ciekawe dylematy, związane z pojęciem przyjaźni, to jednak w końcowym efekcie niewiele z tego wynika.

 

Do filmu zaangażowano plejadę modnych (często typowo serialowych) aktorów, jak Magdalena Różczka, Sonia Bohosiewicz, Maciej Zakościelny, Katarzyna Dąbrowska czy Magdalena Walach. Na ekranie bardzo dobrze sobie radzi Agnieszka Więdłocha (która, prawdę powiedziawszy, jako jedyna ma przed sobą nieco „głębszą” rolę). Dużym plusem jest udział artystów dojrzałego pokolenia, jak Krzysztof Stelmaszczyk, Piotr Fronczewski czy Jan Peszek, a już za prawdziwą wisienkę na torcie należałoby uznać niewielki (choć brawurowy) epizod Anny Polony.

„Po prostu przyjaźń” to lekka, niezobowiązująca opowieść, nosząca znamiona bajki dla dorosłych. Nie jest to kino najwyższych lotów, ale, po prawdzie, producenci niczego więcej nie obiecywali. Mimo braków scenariuszowych, film można oglądać bez większego zażenowania.








Barbara Englender