„Najbardziej hollywoodzki z francuskich reżyserów” powraca. Luc Besson swoim nowym filmem — „Valerian i miasto tysiąca planet” — udowadnia, że odpowiednia oprawa wizualna to już połowa sukcesu.

 

Od strony scenariuszowej ekranizacja komiksów Pierre'a Christina nie oferuje bowiem tak naprawdę zbyt wiele. Dwójka młodych bohaterów — tytułowy Valerian i jego partnerka Laureine — uczestniczy w śmiertelnie niebezpiecznej misji. Ich zadaniem jest uratowanie gigantycznej stacji kosmicznej (tytułowego „Miasta Tysiąca Planet” — galaktycznego centrum, zasiedlanego przez setki gatunków) przed nieuchronną zagładą. Wcześniej jednak na targowisku przechwytują ostatnie (i jakże urocze!) zwierzątko, pochodzące z nieistniejącej już planety. Próbując rozwikłać tajemnicę, łączącą te dwa zadania, agenci pakują się w tarapaty. Niestety, w tej historii sporo jest luk, niekonsekwencji i powielanych schematów.

 

„Niedomagają” również główni bohaterowie. Postacie Majora Valeriana i Sierżant Laureine — mimo starań Dane'a DeHaana i Cary Delevingne — wydają się papierowe, a momentami wręcz irytujące. Kiedy akcja filmu wyhamowuje i przyglądamy się bliżej ich relacjom, scenariusz ujawnia najwięcej braków, staczając się w kierunku naiwnej miłosnej historyjki. Lepiej wypadają na tym tle postaci drugoplanowe, w tym Bubble — kosmiczna nielegalna imigrantka, w której rolę wciela się Rihanna.

 

Niedostatki te nadrabia jednak (na tyle, na ile to możliwe) warstwa wizualna filmu. Za sprawą niesamowitych animacji „Valerian...” staje się prawdziwym widowiskiem, przykuwającym uwagę niemal od pierwszej sceny. Seans to prawdziwy rollercoaster, w którym obrazki baśniowych, idyllicznych planet mieszają się ze spektakularnymi pościgami i strzelaninami. Luc Besson z hollywoodzkim rozmachem wykorzystuje możliwości współczesnej techniki, pokazując równoległe światy i przestrzenie istniejące jedynie w wirtualnej rzeczywistości (sceny z targu widzowie zapamiętają z pewnością na długo). Animacje te, choć momentami ocierają się o kiczowatą dosłowność, olśniewają. To głównie dzięki nim film śledzi się z zapartym tchem — zwłaszcza w wersji trójwymiarowej.

Wszystko to sprawia, że „Valerian” jest produkcją przede wszystkim przyjemną dla oka. Opowieść ta nie wykorzystuje w pełni swego fabularnego potencjału, ale mimo to ogląda się ją naprawdę nieźle.

Ocena:  7/10








Barbara Englender