„Ja jestem rewolucją seksualną i nadchodzę!” – tym hasłem reklamowany jest film „. Historia Michaliny Wisłockiej”. I tak jak bestsellerowy poradnik z lat 70-tych, tak i produkcja kinowa zapowiada się na prawdziwy przebój.

 

Marii Sadowskiej udało się to, czego bezskutecznie próbowało wielu polskich reżyserów. Stworzyła „film środka” – taki, który ogląda się z prawdziwą przyjemnością, a jednocześnie bez zażenowania. Losy Wisłockiej splatają się w porywającą opowieść – momentami dowcipną, momentami całkiem poważną. Historia seksuolożki opowiedziana zostaje w sposób bardzo dynamiczny, co jest rzadkie w naszym rodzimym kinie. Dzieje się tak dzięki odważnemu (czasem wręcz teledyskowemu) montażowi.

 

„Sztuka kochania” to jednak przede wszystkim popis aktorski Magdaleny Boczarskiej. Tworzy ona portret kobiety silnej i bezkompromisowej. Film Marii Sadowskiej idealnie pokazuje również, dlaczego Michalina Wisłocka taką postacią się stała. Znajdziemy tu bowiem nie tylko odważne sceny seksu, ale również pełne emocjonalnego napięcia studium relacji, w jakie wdawała się seksuolożka.

 

Główną osią filmu są problemy z publikacją tytułowej „Sztuki kochania”. Proces wydawniczy zmienia się tu w walkę z PRL-owską cenzurą i hipokryzją. W wersji przedstawionej przez Sadowską to kobiety – znajdujące się niejako na drugim planie – doprowadzają do ukazania się poradnika. Sam „drugi plan” jest zresztą w przypadku tego filmu bardzo interesujący. Znajdziemy tam nie tylko świetnych aktorów (z Piotrem Adamczykiem i Erykiem Lubosem na czele), ale również niezwykle barwny obraz czasów PRL-u.

„Sztuka kochania” Sadowskiej powstała na podstawie biografii pióra Violetty Ozminkowski. Kinowa wersja tej historii nieco upraszcza część wątków (takie przysługuje jej prawo), lecz wciąż buduje obraz wiarygodny i przejmujący. A co najważniejsze, prezentuje przy tym naprawdę przyzwoity poziom.








Barbara Englender