„La La Land” – nagrodzony siedmioma Złotymi Globami musical w reżyserii Damiena Chazelle'a – to przede wszystkim opowieść o marzeniach. I o tym, że za ich spełnianie płaci się często bardzo wysoką cenę.

Historia przedstawiona w filmie jest prosta. Ona – początkująca aktorka, od lat biegająca z jednego castingu na drugi, przeżywająca porażkę za porażką – i on – utalentowany muzyk, marzący o wskrzeszeniu złotej ery jazzu, parający się jednak wciąż nic nie znaczącymi chałturami. Gdy kolejny raz przypadkowo wpadną na siebie, stwierdzą, że to musi być przeznaczenie...

 

„La La Land” wykorzystuje formułę musicalu (czasami biorąc ją zresztą w autoironiczny cudzysłów) ze wszystkimi zaletami i wadami, które mogą ujawnić się w tym gatunku. Dzięki temu, otrzymujemy film lekki, pełen wdzięku i gracji. Równocześnie jest on jednak nieco przegadany, momentami przewidywalny i melodramatyzujący. Taneczne sceny (często o dość ciekawej choreografii) przeplatane są elementami komedii romantycznej.

 

Paradoksalnie, najlepiej wypadają właśnie te partie, w których reżyser pozwala postaciom mówić. Prawdopodobnie jest to zasługa znakomitych aktorów: Emmy Stone i Ryana Goslinga. Na ekranie tworzą duet, na który, po prostu, świetnie się patrzy. Ich relacja nie tylko skrzy się namiętnością – jest w niej również miejsce na zdystansowany humor oraz całkiem poważne dylematy. W dodatku oboje aktorzy bardzo dobrze radzą sobie w układach tanecznych i partiach śpiewanych. Bez nich byłby to o wiele słabszy film.

 

„La La Land” to produkcja trochę „retro” – nie tylko ze względu na fascynacje muzyczne głównego bohatera, ale przede wszystkim z powodu obranej konwencji. Siłą filmu – prócz świetnej gry aktorskiej – jest zaprezentowany w nim klimat magicznego Hollywoodu. Z pewnością pomogły w tym rewelacyjne zdjęcia, które kuszą kolorem, a zarazem przywołują nutę nostalgii.

 

Podczas seansu najnowszej produkcji Damiena Chazelle'a można się wzruszyć, niejednokrotnie znajdzie się również powód do uśmiechu. Nie jest to film wybitny, który zrewolucjonizowałby nasze pojęcie o musicalu, ale pozwala on nieco „odkurzyć” ten gatunek i przypomnieć go widzom. W dodatku ogląda się go całkiem przyjemnie.








Barbara Englender