Jedna z najbardziej wyczekiwanych premier 2016 roku

Rachel codziennie wsiada do tego samego pociągu. Przemierza dobrze znaną trasę, wymyślając historie na temat mieszkańców mijanych domów. Pewnego poranka na stworzonym przez nią obrazie pojawi się rysa, za sprawą której kobieta wplącze się w śmiertelnie niebezpieczną grę.

 

„Dziewczyna z pociągu” to jedna z najbardziej wyczekiwanych premier 2016 roku. Film w reżyserii Tate'a Taylora stanowi ekranizację bestsellerowego thrillera Pauli Hawkins – książki promowanej między innymi przez mistrza tego gatunku, samego Stephena Kinga. Czy kinowa wersja powtórzy komercyjny sukces powieści? Wiele na to wskazuje. Film ten niesie ze sobą duży ładunek emocji, potrafi wstrząsnąć i zaskoczyć widzów. Niestety, jest to zarazem obraz bardzo nierówny – momentami porywa, chwilami jednak akcja wyhamowuje, a zamiast rosnącego napięcia otrzymujemy garść tanich popkulturowych chwytów.

 

Siłą „Dziewczyny z pociągu” jest przede wszystkim fabuła. Składają się na nią migawki z życia trzech bohaterek: zmagającej się z porozwodową traumą Rachel (Emily Blunt), młodej matki, Anny (Rebecca Ferguson) oraz Megan (Haley Bennett) – dziewczyny zamieszkującej jeden z mijanych domów. Sieć zależności między nimi stanowi jedną z głównych łamigłówek, jaką przyjdzie widzom rozwikłać.

„Dziewczyna z pociągu” to obraz bardzo mroczny, niepozostawiający złudzeń wobec współczesnego świata. Tu nie ma pozytywnych bohaterów – każdy z nich mierzy się ze swoją tajemnicą. Sposób konstrukcji postaci sprawia, że „Dziewczyna z pociągu” okazuje się filmem nie tylko brutalnym, ale i bardzo kobiecym, odgrywanym na niezwykle silnych emocjach. Opowieść stworzona przez Hawkins to historia, która pozwala postawić pytanie o granicę między szaleństwem i normalnością, prawdą i ułudą, wolnością i zniewoleniem. I właśnie te pytania wydają się największą zaletą thrillera.








Barbara Englender