Gigantyczne wieżowce, wszechobecne hologramowe reklamy i dylematy etyczne, z jakimi do tej pory nie przyszło nam się jeszcze mierzyć. Tak przyszłość widzą twórcy „Ghost in the Shell” – produkcji, opartej na mandze oraz anime pod tym samym tytułem.

 

W brutalnym, futurystycznym świecie odnaleźć musi się Major (w tej roli świetna Scarlett Johansson) – pierwsza w historii osoba obdarzona sztucznym ciałem (lub, jak kto woli, pierwszy robot z przeszczepionym ludzkim mózgiem). Niezwykłe właściwości tej postaci sprawiają, że automatycznie wchodzi ona w skład elitarnej jednostki zwanej Sekcją 9, ściśle współpracującej z Hanka Robotic's – firmą, która powołała cyborga do życia. Zadaniem członków organizacji jest wierne wypełnianie zleconych misji. I powstrzymywanie się przy tym od zadawania pytań.

 

Największą zaletą „Ghost in the Shell” jest chyba zbudowanie przekonującego świata. Ogromne miasta migające neonami oddziałują na wyobraźnię, a cuda nowoczesnej techniki pokazane są w wiarygodny sposób. Ta rzeczywistość – choć kusząca możliwościami „udoskonalania” własnych ciał – przy bliższym poznaniu okazuje się bardzo mroczna, wręcz odpychająca.

 

Twórcom udało się pogodzić historię głęboko zakorzenioną w kulturze Japonii z hollywoodzką realizacją. Jednocześnie jednak scenariusz sprawia wrażenie niedopracowanego i bazującego na utartych schematach, znanych już z amerykańskiego kina akcji. Momentami akcja wydaje się podporządkowana już nie tyle fabule, ile efektom specjalnym. Ponadto, wizja zakreślona w filmie wydaje się dziś mocno wtórna. Dzieje się tak z prostego powodu: opowieść ta pochodzi sprzed prawie 30 lat, a do inspiracji pierwszą wersją „Ghost in the Shell” przyznają się między innymi twórcy „Matrixa”. Wrażenie, że „gdzieś to już widzieliśmy” jest więc uzasadnione.

„Ghost in the Shell” odczytywać można jako swego rodzaju manifest przeciwko technicyzacji współczesnego świata. W wyraźny sposób dopomina się o to, by znaleźć w nim miejsce dla człowieka (tytułowego ducha, ukrytego w cybernetycznym pancerzu). Szkoda, że przesłanie to ginie w niedostatkach scenariuszowych.








Barbara Englender