Zeznaje pracownik kancelarii prezydenta Lecha Kaczyńskiego

Tomaszowi Arabskiemu, byłemu szefowi kancelarii premiera Donalda Tuska, oraz grupie urzędników tej kancelarii i polskiej ambasady w Rosji proces wytoczyły rodziny ofiar katastrofy smoleńskiej z 10 kwietnia 2010 roku. Sąd rozpatruje, czy pozwani dopuścili się niedopełnienia obowiązków.

– To, że lotnisko w Smoleńsku jest nieczynne, istniało w świadomości w momencie przygotowywania tam wizyty prezydenta Lecha Kaczyńskiego – zeznał ówczesny pracownik kancelarii prezydenta. – Biorąc pod uwagę poprzednie wizyty, Rosjanie na nasze prośby dostarczali sprzęt i ludzi, którzy je obsługiwali. Lotnisko jakoś tam funkcjonowało.

Świadek dowiedział się od swojego przełożonego, Mariusza Handzlika (prezydenckiego ministra, który potem zginął w katastrofie), że rząd Donalda Tuska naciskał, aby Lech Kaczyński nie leciał do Katynia. Naciski zostały jednak zignorowane.

– Usłyszałem huk – wspominał świadek, który 10 kwietnia 2010 roku przebywał na lotnisku w Smoleńsku. Przy budce kontroli lotów spotkał zaraz potem zdenerwowanego Rosjanina w mundurze polowym, który miał powiedzieć: „mówiłem załodze, żeby nie lądowali”.

Tomasz Arabski wyraźnie odcina się od katastrofy.

– Nie uczestniczyłem w organizacji lotu prezydenta 10 kwietnia 2010 r. – mówił do dziennikarzy. – Od sześciu lat jestem obiektem nagonki. Czasem nie tylko nagonki, ale fałszywych oskarżeń i złośliwych komentarzy – dodawał.