Dziewięć lat temu, kiedy Deanna Needell była w szkole średniej na Uniwersytecie Kalifornijskim w Davis, odczuwała ból brzucha po pojawieniu się u niej charakterystycznego rumienia po kleszczu. „Ponieważ mieszkam w Kalifornii, gdzie borelioza nie występuje często, żaden z lekarzy nie miał pojęcia, co mi dolega” – mówiła.

Objawy boreliozy były bardzo dokuczliwe, u Needell rozwinęły się tak ogromne migreny, że żadne leki nie pomagały.

Osobiste przeżycia

Później pojawiły się skurcze mięśni, zaczęto podejrzewać, że to stwardnienie zanikowe boczne (ALS). Nieleczona borelioza może rozprzestrzeniać się na mięśnie, nerwy, mózg i serce, powodując wyniszczające komplikacje. W końcu ktoś podsunął myśl, że jest to choroba z Lyme, i dziewczyna została poddana testom na obecność bakterii. Przypuszczenie okazało się słuszne. Zastosowano antybiotykoterapię, po której objawy ustąpiły.

Teraz, jako matematyk z doktoratem UCLA, Needell szuka odpowiedzi w dużych danych. Od czasu otrzymania grantu National Science Foundation w 2017 roku, ona i jej koledzy wymyślili nowe sposoby na przeczesanie rejestru LymeDisease.org, w którym mieści się ponad dwa miliony danych z 9000 ankiet pacjentów. Ambitny wysiłek ma na celu odkrycie wzorców symptomów, które mogą informować o procedurach testowania i prowadzić do bardziej skutecznych, spersonalizowanych metod leczenia choroby. Już w ankiecie Needell zauważyła, że na boreliozę choruje więcej kobiet niż mężczyzn.

– Może ma to związek z tym, że kobiety mówią chętniej o swoich przypadłościach, a może systemy odpornościowe kobiet reagują inaczej na bakterie, to jeden z wielu złożonych problemów, które chcielibyśmy wyjaśnić – stwierdza.

Przebiegła bakteria

Przenoszoną przez kleszcza czarnoskórego boreliozę wywołuje spiralna bakteria, Borrelia burgdorferi – przebiegły wróg, który często nie krąży we krwi, a ukrywa się w tkankach ciała, gdzie jest ją trudniej wykryć. Tradycyjne testy z krwi nie znajdą bakterii, więc laboratoria szukają przeciwciał pokazujących, że jesteś zarażony. Ale podejście to jest chybione.

Według Briana Fallona, lekarza medycyny, dyrektora Ośrodka Badań Chorób Lyme i Kleszcza na Uniwersytecie Columbia, obecny dwustopniowy proces diagnostyczny jest od 35 do 50% dokładniejszy na wczesnym etapie, kiedy leczenie jest najskuteczniejsze. Okazuje się, że samo wykrycie choroby jest czymś w rodzaju pracy.

Statystyki są alarmujące. Okazuje się, że liczba zakażeń potroiła się od 1980 roku, a kleszcze kontynuują ekspansję terytorialną. Opanowały dwa razy więcej krajów, niż 20 lat temu. Istnieją przekonujące dowody na to, że ich rozprzestrzenianie się jest po części spowodowane ocieplającym się klimatem, który bardzo odpowiada kleszczom, mówi Mary Beth Pfeiffer, autorka książki „Lyme: Pierwsza epidemia zmian klimatycznych”.

Opanować pandemię!

Podczas gdy choroba osiąga rozmiary pandemiczne – co roku w setkach tysięcy przypadków w Stanach Zjednoczonych – podejmowane są innowacyjne wysiłki zmierzające do jej opanowania. Koledzy Fallona z Columbii koncentrują się na bardziej wyrafinowanym teście przeciwciał w celu zidentyfikowania ośmiu pospolitych patogenów przenoszonych przez kleszcze; potencjalnie  w jednym ugryzieniu. Te inne szczepy mogą powodować dodatkowe choroby (jak na przykład gorączka plamista Gór Skalistych lub wirus Heartland), które często wprowadzają w błąd lekarzy i komplikują leczenie boreliozy.

Tymczasem naukowcy z Instytutu Studiów Ekologicznych Cary w hrabstwie Dutchess w stanie Nowy Jork próbują powstrzymać rozprzestrzenianie się boreliozy u źródła.

– Projekt „kleszcz” to pięcioletnia próba obejmująca prawie 1000 gospodarstw domowych wysokiego ryzyka, w której testuje się dwa produkty dla podstawowych zwierząt przenoszących kleszcze – jeleni: grzybowy spray oraz maleńkie pudełko na przynęty, które oczyszcza zwierzęta za pomocą produktu do przyklejenia się kleszczy. Chociaż jelenie przyczyniają się do rozprzestrzeniania się boreliozy, „większość kleszczy nabywa bakterii po pożywieniu się krwią myszy o białych łapach” – wyjaśnia naukowiec zajmujący się chorobami biologicznymi dr Richard Ostfeld.

Naukowcy mają jeszcze bardziej radykalną propozycję: chcą zmienić DNA myszy, aby one i ich potomstwo były odporne na bakterie – lub jeszcze lepiej – je odstraszały.

– Tak czy inaczej, oznacza to o wiele mniej zarażonych kleszczy – mówi Kevin Esvelt, inżynier ewolucyjny, który wymyślił inicjatywę i zwrócił się do społeczności wyspiarskiej w Nantucket, gdzie 40% gospodarstw domowych zostało dotkniętych chorobą, informując o potencjalnym uwolnieniu tysięcy genetycznie zmodyfikowanych myszy. – Wdrożenie zajmie wiele lat – podobnie jak szczepionka z Lyme, ostatnio uznana przez Food and Drug Administration. Jeśli projekt będzie skuteczny, możemy stworzyć zmodyfikowaną wersję, która będzie działać również na kontynencie – zapowiada naukowiec.