istoria Kingi, która rozpoczęła intensywną kurację na krętki boreliozy

Pieczenie chleba to z pewnością dla części z was temat znany i rozpracowany. Dla mnie jednak jest to nowość. Po pierwsze – chleba nie piekłam jeszcze nigdy, po drugie – istnienie takiego z kaszy gryczanej uświadomiła mi dopiero moja obecna sytuacja.

Do tej pory kupowałam chleb żytni bez drożdży, ale optymalnie byłoby go zjeść dziennie około 100 gram, czyli bardzo niewiele. Poza tym jednak nie jest to do końca właściwa potrawa przy diecie antygrzybiczej. Chleb gryczany jest więc dla mnie optymalnym zamiennikiem i wprowadza odrobinę innowacyjności w monotonne posiłki.

Główny przepis: czas

Przeszukując internet w poszukiwaniu wszystkiego, co mogę w tej sytuacji zjeść poza kawałkiem mięsa lub zielonych warzyw, znalazłam kilka bardzo ciekawych przepisów, którymi postaram się w dalszych częściach podzielić. Jak wiecie, sama również staram się eksperymentować w kuchni, ale chleba z kaszy gryczanej nie wymyśliłabym nigdy.

 

Przepis jest prosty, ale czasochłonny. W zasadzie lepiej powiedzieć, że wymaga czekania, bo akurat pracy jest niewiele. Mimo to trzeba zaplanować jego wykonanie własnego z odpowiednim wyprzedzeniem.

Pieczenie chleba zaczęłam od poszukiwania kaszy gryczanej niepalonej, bo taka właśnie ma być użyta. I tu znowu odkrycie: nie wiedziałam, że jest ona o wiele zdrowsza i w zasadzie lepiej smakuje. Zamówiłam więc na próbę 5 kg tej kaszy w internetowym młynie i czekałam z niecierpliwością na dostawę. Mimo zapewnień autora przepisu (a właściwie przepisów, bo znalazła różne) nie do końca wierzyłam, że kasza gryczana, bez drożdży może wyrosnąć.

Sposób na kaszę

Kaszę namoczyłam bez zbytniego przekonania i – jak nakazano w przepisie – zostawiłam na 48 godzin. Znalazłam wprawdzie inny, w którym kasza miała moczyć się 24 godziny, ale uznałam, że dłużej może w tym przypadku oznaczać lepiej. W międzyczasie dolałam wody, tak, aby przykrywała kaszę, oraz kilkakrotnie mieszałam.

Po 48 godzinach powstał gęsty i kleisty „roztwór” kaszy z wodą. Wrzuciłam go do miksera i zmieliłam. Otrzymałam konsystencję lekko lejącą, kleistą i płynną, która trafiła do blaszek, wyłożonych papierem do pieczenia i posmarowanych oliwą.

 

Wszystko wstawiłam do zimnego piekarnika, gdzie miało czekać od 8 do 15 godzin, aby podrosnąć. Mimo moich wątpliwości, po 8 godzinach ciasto rzeczywiście tak się stało. W tym momencie również skończyła się moja cierpliwość, dlatego posypałam blaszkę płatkami żytnimi (można wykorzystać do tego każde ziarno) i postanowiłam piec. Piekarnik nastawiłam na 180–200 stopni i zafundowałam przyszłemu chlebowi 1,5-godzinne opalanie.

Smaczne efekty

Po pieczeniu wyjęłam naprawdę ładny, ciemny chlebek z mocno przypieczoną skórką. Choć nie jestem amatorką tego typu wypieków – ten zjadłam w ilościach ogromnych, nawet nie czekając aż ostygnie. Chlebek był doskonały, pożywny i zdrowy – zarówno jako dodatek, jak i do zjedzenia samodzielnie.

 

Mam jednak pewną uwagę dla ewentualnych przyszłych piekarzy zdrowego, bezglutenowego, i antygrzybiczego chlebka: jeżeli upieczecie więcej niż jedną blaszkę, wyjmijcie chleb z foremki od razu po upieczeniu. Ja drugą foremkę wstawiłam bez wyjmowania do lodówki i spód zrobił się nadmiernie wilgotny.

Smacznego! :)

Kinga