Historia Kingi, która rozpoczęła intensywną kurację na krętki boreliozy

Zanim przejdę do tego, co wydarzyło się w ostatnich dniach, w związku z prośbami Czytelników przekazuję przepis na naprawdę przepyszny brązowy makaron z indykiem i krewetkami.

Składniki:


  • 30 – 40 dkg indyka (może być kurczak),

  • 10 – 15 średnich krewetek,

  • makaron ciemny (odpowiedni do rodzaju diety),

  • oliwa z oliwek,

  • kurkuma,

  • suszony lubczyk,

  • zioła prowansalskie,

  • pieprz i sól.

Wykonanie (wyjątkowo proste):

Na patelni lub w woku podgrzewamy oliwę, wrzucamy pokrojone mięso i obsmażamy przez kilka minut na ostrym ogniu. Dodajemy krewetki, razem smażymy jeszcze kilka minut (nie za długo, bo mięso straci soczystość, a krewetki staną się całkiem twarde). Pod koniec dodajemy zioła, sól i kurkumę w ilościach zależnych od tego, jak intensywny smak lubimy. Można oczywiście dodać inne zioła, ale niech to będą suszone odmiany, nie przyprawa z torebki. W międzyczasie w osolonej wodzie gotujemy paczkę makaronu, którą następnie odcedzamy.

Makaron przekładamy na talerz, dodajemy mięso z krewetkami, lekko polewamy naturalnym sosem, który powstał w trakcie gotowania.

Czas przygotowania: 15 minut.

Efekt: zdaniem domowników – to jedna z potraw TOP w moim wydaniu. I pomyśleć, że w diecie boreliozowej takie rzeczy😊. Pychota!

Do rzeczy…

Jeśli chodzi o dalsze działania dotyczące mojej choroby – na drodze do pozbycia się uciążliwego pasażera (pasażerów?) na gapę, zrobiłam naprawdę duży krok naprzód. Wykonane badania wreszcie dały jakiś wynik. Nigdy nie myślałam, że przyjdzie czas, kiedy będę chciała, aby testy wykazały, że jestem chora, ale tak się zdarzyło. Normalnie otwierając badania myślimy tylko o tym, aby się okazało, że jesteśmy zdrowi. Ja myślałam odkładnie odwrotnie – „oby zakażenie się potwierdziło”.

Idąc za radą lekarza, zrobiłam test CD3/CD57. Jak wyczytałam w opisach laboratoriów, jest on czuły i wiarygodny, dlatego spełnia ważną rolę w diagnostyce oraz terapii pacjentów, szczególnie leczonych metodą ILADS. Może być wykonany jako pierwszy, ale służy również do monitorowania postępów leczenia. Zanim zrobiłam badanie, trochę poczytałam. Co ciekawe, w opisie na stronie laboratorium napisano, że jest to test, którego nie wykonuje się u małych dzieci, a także, iż wykrywa on zakażenie znajdujące się w organizmie powyżej jednego roku. Inne, dokładnie odwrotne zdanie miał w tych tematach lekarz, czy nawet dwóch, z którymi się konsultowałam. „Zastanawiające i mało profesjonalne ze strony laboratorium” – pomyślałam.

Czas na dalsze kroki

Test nie pokazuje co prawda konkretnego rodzaju bakterii, która zaatakowała nasze ciało, ale żadne inne zakażenie, oprócz boreliozy, nie wywołuje obniżonego poziomu limfocytów NK CD57. Norma to 300, mój wynik – 190. A więc wszystko stało się jasne. Zaopatrzona w pierwszy dowód wskazujący, że idę dobrym tropem, umówiłam się z lekarzem.

Wizyta tym razem była rzeczowa i konkretna. Miałam ze sobą potwierdzenie zbyt małej liczby limfocytów, wciąż jednak nie było wiadomo, czy to borelioza. Na podstawie wyników badania trudno było również stwierdzić, kiedy nastąpiło zakażenie. Układ odpornościowy każdego człowieka jest inny, stąd też inaczej reaguje. Mój wynik na poziomie 190 według standardów ILADS jest niezły, ale wskazuje na przewlekłą chorobę. Zarazić mogłam się jednak równie dobrze kilka miesięcy, jak i kilka lat temu. Nie ma w tym zakresie standardów – jedni ludzie uzyskują bardzo duży spadek limfocytów w ciągu zaledwie kilku miesięcy, inni przez lata mogą sobie radzić z chorobą.

Lekarz zdecydował. Rozważając objawy: bóle dłoni, karku i kości miednicy uznał, że prawdopodobnie nie jest to borelioza a koinfekcja. To był jakiś początek, który kierował mnie do następnego kroku –panelu koinfekcji, szczególnie zaś ku bartonelli, babeszjozie i brucelli. Wracam więc do leczenia. Plan jest taki – atakujemy najbardziej prawdopodobne bakterie, a jednocześnie niezbędne będzie wykonanie badania. Wówczas, mam nadzieję, będzie wiadomo dokładnie, czy idziemy dobrą ścieżką.

Antybiotyki czy zioła?

Mam przepisane trzy antybiotyki, co stanowi standard w tej terapii. Dwa z nich – pulsacyjnie. Jako baza w mojej terapii traktowana będzie stara, dobra Doxycyclinum (mój organizm do tej pory bardzo dobrze na nią reagował, więc się cieszę), dodatkowo – Tinidazolum i Azitrox. Dodatkowo oczycwiscie suplementacja w pełnym wydaniu 😊.

Mniej więcej dwa tygodnie po odstawienia leków poczułam się gorzej. Bóle dłoni się nasiliły, przez kilka dni narzekałam na bolący kark. Dlatego bardzo mi zależało, aby jak najszybciej rozpocząć leczenie. Myślę jednak, że jeszcze kilka dni się wstrzymam, ponieważ rozpoczęłam przyjmowanie kropli z korzenia szczeci na bazie alkoholu. Chciałabym pić ten roztwór dwa pełne tygodnie. Dlatego zdecydowałam, że jeszcze dwa dni pozwolę sobie na szczeć, suplementację, dietę i ziółka, a później zadziałam ostrą amunicją antybiotykową.

Zapytacie, skąd korzeń szczeci w moim leczeniu? Staram się wrócić do ziół,. Mój lekarz rodzinny, który nie chce się wypowiadać na temat leczenia boreliozy (jak sam mówi, to obszar dla specjalisty od zakażeń), poradził mi, abym spróbowała ich jeszcze raz. Wypłuczę nimi to, co do tej pory zażyłam. Tak postanowiłam zrobić, bo szkoda mi zupełnie zrezygnować z dobrodziejstw, które niosą zioła.

Kilka słów o dobrodziejstwie z natury

Wracam więc do ziół, ale po kolei i powoli – nie wszystkich na raz. Musze uważać, bo wszystkie znaki wskazują na to, że uczulała mnie Sarsaparilla. Ze względu na uczulenie brałam Zyrtec jeszcze dwa tygodnie po odstawieniu zioła, co oznacza, że tak długo było ono w organizmie. Z tym ziółkiem żegnam się więc na dobre.

Równie dobry, a może nawet lepszy w zwalczaniu zakażeń bakteryjnych jest Andrographis paniculata. Czwarty dzień spokojnego dawkowania 3 razy po jednej tabletce 400 mg dziennie przekonuje mnie, że jest on naprawdę w porządku. Obserwuję się bacznie, ale nic się nie dzieje złego. To bardzo ciekawe zioło o udowodnionych właściwościach leczniczych nie tylko w tej, ale i w innych przypadłościach.

Trzeba uważać jedynie na to, jaki materiał roślinny kupujemy. W przypadku choćby Andrographisa, na 28 gatunków wyłącznie kilka jest wykorzystywanych w medycynie, a najsilniejsze działanie ma właśnie paniculata. Należy również zwrócić uwagę na zawartą w kapsułce ilość andrografolidow. Powinniśmy wybierać kapsułki z 10% zawartości tych substancji.

Szybko i skutecznie

Stephen Buhner podaje wyniki badań klinicznych przeprowadzonych z tą rośliną. Wyglądają bardzo zachęcająco. Co ciekawe, składniki czynne działają bardzo szybko. Po 48 godzinach od podania androgafolidy znaleziono we wszystkich narządach. Kumulują się one w różnym natężeniu w zależności od tkanki, ale bardzo ważne jest to, że przekraczają barierę krew – mózg, czego nie potrafią antybiotyki. Ponieważ zioło jest bardzo gwałtownie wydalane z organizmu, w ciągu dwóch godzin przez nerki przechodzi 50%, w kolejne 8 godzin – 80%, a po 48 godzinach – 90%. Dlatego należy przygotować grafik i przyjmować go o określonych porach.

Stopniowo postaram się dojść do dawkowania 4 kapsułki 3 razy dziennie, ale dawkę można zwiększać o jedną kapsułkę tygodniowo, dotarcie do maksymalnej dawki zajmie więc sporo czasu. Z drugiej strony, biorąc pod uwagę, że czas przyjmowania to jeden rok – mam czas. Jeśli organizm się zbuntuje, zmniejszę dawkowanie. Staram się współpracować z moim organizmem. Myślę, że to najlepszy sposób, aby przetrwać 😊.

Na koniec – coś pysznego

Dalej testuję potrawy. W końcu trzeba będzie coś jeść przez wiele miesięcy. Tym razem rzecz prosta, ale bardzo smaczna: kanapka z czystego żytniego chleba bez drożdży (innego już nie kupujemy) z cienkimi kawałeczkami greckiego, owczego sera i awokado. Wszystko obficie polane sokiem z cytryny.

Do tych, którzy zechcą spróbować – smacznego. Do całej reszty – do usłyszenia😊

Kinga