Wszyscy liczyli na pewną rzeź islandzkich niewiniątek. Jednak to głowy pewnych siebie Anglików spadły na ziemię z wyjątkowym impetem

Wyspiarze, którzy przez eliminacje do Euro 2016 przeszli jak burza, odnosząc – jako jedyni – komplet zwycięstw, marzyli o przełamaniu turniejowej niemocy i nawiązaniu do wspaniałego dla nich roku 1966, kiedy po raz pierwszy i jak na razie ostatni zdobyli złote medale na wielkiej piłkarskiej imprezie. Na Roya Hodgsona czekał już tytuł szlachecki, a na jego podopiecznych wieczna cześć i chwała.

Nawet jeśli w grupie z Walią, Rosją i Słowacją Anglicy nie zachwycili, w 1/8 finału mieli przejechać się po biednych Islandczykach niczym walec po świeżo wylanym asfalcie. W końcu to piłkarze Premier League, a więc znani na całym świecie. Kolejne wspaniałe pokolenie, które miało sprawić, że nazwiska: Beckham, Gerrard i Lampard na zawsze pójdą w zapomnienie.

Jak stuprocentowym faworytom mogli przeciwstawić się półamatorzy z Islandii, o których przeciętny kibic nie wie nic poza tym, że ich nazwiska kończą się na „son”, a próba ich wypowiedzenia to nie lada łamanie języka? Wydawało się, że mogli zaimponować wyłącznie walecznością i ogłuszającym dopingiem fantastycznych kibiców z północnej części Starego Kontynentu. Nawet większość polskich znawców futbolu nie dawała chłopcom Hallgrimssona i Lagerbacka większych szans w starciu z Anglikami, gdyż jeszcze kilka miesięcy temu zostali oni rozbici w Warszawie przez „Orłów” Adama Nawałki 4:2.

Futbol ma to jednak do siebie, że Goliat dość często zostaje pokonany przez Dawida. To, jak szybko i jak skutecznie pozbierali się Islandczycy po golu Rooneya, było nieprawdopodobne. Za stratę drugiej bramki nie można winić jedynie Joe Harta, ale należy wrzucić także spory kamyk do ogródka jego partnerów z obrony. Przy pierwszym golu również zachowali się jak amatorzy, pozwalając strzelić bramkę rywalom po wyrzucie piłki z autu.

Teraz nie pozostaje nic innego, jak tylko płakać Anglikom nad rozlanym mlekiem, ale jeśli „Synowie Albionu” zajmują ostatnie miejsce w klasyfikacji drużynowej Euro 2016 pod względem popełnionych fauli i udanych odbiorów piłki, to mit o ich waleczności należy już chyba włożyć między bajki. O nowym, cudownym pokoleniu piłkarzy także, bo jeśli Dele Alli w ciągu czterech meczów traci piłkę aż 84 razy (oczywiście niechlubne pierwsze miejsce w rankingu), to znaczy, że wyspiarska młodzież nie jest tak wspaniała, jak ją jeszcze nie tak dawno malowano.

Wnioski po ostatnim starciu w fazie 1/8 finału? Banalne. Pieniądze nie grają, nie należy lekceważyć żadnego przeciwnika, dziś już nie ma słabych drużyn. Jest jednak jeden, za to bardzo znaczący plus. Anglicy wreszcie nawiązali do gry Hiszpanów (sic!), z którymi od lat toczą korespondencyjny pojedynek. Kluby Premier League ostatnimi czasy pozostają w cieniu tych z La Liga, ale przynajmniej reprezentacje prezentują podobny poziom. Czyli jakiś sukces przedstawiciele „Ojczyzny Futbolu” na Euro odnieśli. Szkoda tylko, że dokonując tym samym drugiego Brexitu w odstępie zaledwie kilku dni.

Adrian Kowalczyk