Leo Messiego znają wszyscy kibice futbolu na świecie. Jednak po ostatnim finale Copa America znaczna część fanów zechce zapewne na stałe wymazać go ze swej pamięci

Wielkiemu zawodnikowi (ba! w opinii niektórych nawet największemu w dziejach dyscypliny) nie przystoi kończyć kariery reprezentacyjnej w wieku zaledwie 29 lat. Dlatego najwierniejsi kibice „Albiceleste” wciąż łudzą się, że deklaracja o schowaniu do szafy reprezentacyjnej koszulki przez ich dotychczasowego Boga jest jedynie wynikiem frustracji, wynikającej z kolejnego przegranego finału wielkiej imprezy. Jeżeli jednak gwiazdor Barcelony dotrzyma słowa i sam zamknie sobie drogę przed szansą zdobycia mistrzostwa świata w 2018 roku, należy przytoczyć im nieznacznie sparafrazowane słowa Andrew Lloyda Webbera: don’t cry for him, Argentina.

Nie płacz za nim, Argentyno – ktoś mógłby się oburzyć za takie słowa dotyczące pięciokrotnego zdobywcy Złotej Piłki oraz pogromcy wszelkich rekordów piłkarskich. Niemniej jeśli ten, który już dziś uznawany jest przez wielu za najlepszego piłkarza w historii, kończy pewien rozdział swojej kariery w tak żenujący sposób, nie zasługuje na inne słowa. Messi po przegranym finale z Chile, w którym jako jeden z dwóch Argentyńczyków nie wykorzystał rzutu karnego, zachowuje się niczym dziecko obrażone na cały świat. Zamiast mówić o zmęczeniu psychicznym po porażce z Chilijczykami, mógłby śmiało rzec: zabieram zabawki z piaskownicy, bawiłem się z wami za długo, chłopaki, bawcie się dalej sami.

Trudno nie zgodzić się z twierdzeniem, iż mistrzostwa Ameryki Południowej rozgrywane po raz pierwszy w historii na terenie Ameryki Północnej były pierwszym od 2006 r. turniejem, na którym Messi nie zawiódł milionów swoich rodaków. W sześciu spotkaniach zdobył pięć bramek, ale w decydującym momencie nie potrafił opanować emocji i posłał piłkę nad poprzeczką Claudio Bravo. Cóż, zdarza się każdemu. Maradona też czasami nie trafiał stojąc oko w oko z bramkarzem drużyny przeciwnej. Ale „Boski Diego” zdołał doprowadzić Argentynę do tytułu mistrza świata w 1986 r. By tego dokonać, używał nawet niedozwolonych chwytów, a na jego „rękę Boga” każdy Anglik do dziś reaguje alergicznie.

Messi zaś odchodzi jako przegrany, tracąc szansę na zajęcie miejsca na piłkarskim Olimpie. Jeżeli ktoś może bowiem spocząć na tronie, to tylko człowiek, który doprowadził swoją drużynę narodową do triumfu w międzynarodowych rozgrywkach (nie bierzmy tutaj pod uwagę złotego medalu olimpijskiego z 2008 roku, gdyż te rozgrywki już dawno temu straciły na wartości). Maradona zrobił tego dokonał, Zidane także, podobnie Pele – nawet trzykrotnie. Każdy z nich miał w swoim piłkarskim życiu różnego rodzaju porażki, ale potrafił się podnieść i przekuć je w sukces, co charakteryzuje prawdziwych mistrzów. Dlatego przez szacunek do nich nie stawiajmy obok nich już Messiego.

Adrian Kowalczyk