Rozmowa z Mieczysławem Misiaszkiem  wójtem gminy Kijewo Królewskie (województwo kujawsko-pomorskie, powiat chełmiński), botanikiem, pasjonatem miodownictwa i konsultantem Instytutu Pszczelarstwa w Puławach.

– Witam Panie Wójcie, jak został Pan botanikiem?

– Nie przypisuję sobie miana specjalisty czy naukowca, przyznam natomiast, że botanika bardzo mnie interesuje. Początki tej pasji sięgają czasu studiów. Kończyłem dwa kierunki – zootechnikę i rolnictwo, z których oba w jakimś stopniu dotykały zagadnień przyrodniczych. Pewien poziom wiedzy osiągnąłem więc po to, by uzyskać zaliczenia. Nie ograniczałem się jednak do tego, chciałem wiedzieć o wiele więcej. Kiedyś miałem nawet ambitne plany, by wydać księgę roślinności ziemi chełmińskiej. (śmiech) Nie udało się ich wprawdzie zrealizować, ale pasja pozostała. Nadal jestem ciekawy, jak nazywają się rośliny, które rosną wokół, jaka jest ich rola, czy mają właściwości lecznicze, trujące albo szkodliwe.

– Czy takie spotykane na co dzień rośliny można wykorzystywać do naturalnych metod leczenia?

– Oczywiście. Sam wraz z żoną stosuję ich dużo i często. Zbieramy zioła w odpowiednim miejscu i czasie - raczej na terenach ustronnych, co do których mamy przekonanie, że nie docierają tam spaliny samochodowe czy jakakolwiek inna chemia. Część roślin uprawiamy też sami, w ogrodzie. Na własny użytek suszymy je i stosujemy. Wydaje mi się, że to właśnie dzięki temu jestem odporny, mam zdrowszy organizm, a choroby się mnie raczej nie imają. Zdarza się nawet, że w urzędzie chorują wszyscy, tylko ja sobie jakoś radzę z przeziębieniem czy grypą. Być może przyczynia się do tego również fakt, że staram się kontrolować, co jem i czy mi to służy. Często też urozmaicam dietę swoim miodem i innymi produktami pszczelimi.

– Skąd wziął się u Pana pomysł na pszczelarstwo?

– Przygoda z hodowlą pszczół trwa od czasów mojej młodości. Moi rodzice mieli ule, a ja jako młody chłopak często pomagałem im przy różnych pracach z nimi związanych. Początki nie były jednak przyjemne – pamiętam, że cokolwiek bym zrobił, zawsze było źle. (śmiech) Z tego względu nie przepadałem za tymi obowiązkami. (śmiech) Przełom nastąpił kiedy miałem 13, może 14 lat. Akurat wyroił się ul, który tata pozwolił mi wtedy zatrzymać. Od tego czasu zawsze miałem pszczoły. Na początku moja wiedza na ich temat była nikła, ale potem coraz bardziej mnie to wciągało. Kiedy chciałem podjąć jakieś działania, musiałem najpierw poczytać, dowiedzieć się od innych pszczelarzy. Przyznam, że czasem przychodziło mi to z trudem – w młodości byłem człowiekiem dość zarozumiałym. Rozmawiając z innym pszczelarzem często zakładałem, że mam taką wiedzę, że już niczego nowego się nie dowiem. Szybko się jednak przekonałem, że od każdego można się czegoś dowiedzieć, tylko trzeba umieć słuchać, obserwować i wyciągać wnioski. Zdarzało się nawet, że poznawałem pszczelarzy, którzy na pierwszy rzut oka popełniali bardzo dużo błędów. Okazywało się jednak, że nawet jeżeli niektóre rzeczy robili źle, inne wykonywali lepiej ode mnie. W efekcie, kiedy u mnie pojawiał się podobny problem, nierzadko korzystałem z ich rozwiązań. Tak przekonałem się, że człowiek musi całe życie uczyć się obserwować przyrodę i nigdy nie jest tak, że wie wszystko. To buduje postawę pokory do przyrody, ale i w ogóle życia. Nawet teraz, kiedy prowadzę różnego rodzaju obserwacje fenologiczne terminów zakwitania czy oceny matek pszczelich dla Zakładu Pszczelnictwa Instytutu Ogrodnictwa w Puławach, nadal czytam dużo literatury specjalistycznej i szukam nowych rozwiązań bądź wskazówek.

– Współpraca z Instytutem pozwala Panu zapewne spotykać się z ciekawymi ludźmi?

– Tak, oczywiście. Raz w roku organizowane są konferencje, na które z zawsze z wielką przyjemnością jeżdżę. Na jednej z nich miałem okazję poznać profesora Bolesława Jabłońskiego, który był największym autorytetem w Polsce w sprawach miododajności. Tak się szczęśliwie złożyło, że mój nauczyciel ze szkoły średniej w Grubnie – Stanisław Skowroński – był jego kolegą, dlatego nas sobie przedstawił. Pan Profesor zawsze przywoził nasiona ciekawych roślin, które mi dawał, udzielając szczegółowych instrukcji, co należy z nimi robić. Wszystko, co powiedział i radził, zawsze się sprawdzało.

Do dziś nie wiem, jak Profesorowi udawało się zdobywać te nasiona, pochodzące praktycznie z całego świata. Pamiętam, że swojego czasu chciałem kupić nasiona bardzo miododajnego żywopłotu - Irgi błyszczącej (łac. Cotoneaster lucius). W Polsce był on jeszcze wtedy niepopularny, dlatego nie udało mi się zdobyć jego nasion, chociaż pytałem wszędzie. Na jednej z konferencji dostałem je zupełnie przypadkowo od Profesora i to w takiej ilości, że mogłem dać również innym pszczelarzom. Podobnie było z drzewem Ewodii aksamitnej (łac. Evodia velutina), które pochodzi z Mandżurii [kraina w północno-wschodnich Chinach- przyp. red.]. Rozmaitość tych roślin była o tyle ważna, że zakwitały one w różnych okresach. Nawet jeżeli w okresie kwitnienia jednego gatunku pogoda była niesprzyjająca dla pszczół – co czasem się zdarza – była szansa na to, że wkrótce, w lepszych warunkach pogodowych, zakwitnie kolejna odmiana.

Dzięki Profesorowi mieliśmy bardzo wiele ciekawych gatunków roślin i drzew, których inni nie mieli. Dodatkowo jeszcze wspierał nas wskazówkami, które nie były wyczytane w książce, ale wynikały z jego doświadczenia. Mięliśmy więc pewność, że wprowadzenie ich w życie daje gwarancję skuteczności. Niestety Profesor już nie żyje, ale wiedzę, którą od niego otrzymałem, staram się przekazywać innym. Ciągle też powracam do jego publikacji.

– Czym zajmuje się Pan obecnie?

– Aktualnie pracuję nad kolekcją lip na ponad 3 ha działki wokół lasu. Okazy pochodzą prawie z całego świata. Mamy ich już na pewno kilkaset, chociaż dokładnie nigdy nie liczyłem. Ta liczba wciąż jednak się powiększa z tego względu, że kolejne lipy ciągle są nam jeszcze podsyłane, a dodatkowo częściowo wysiewamy je i rozmnażamy sami.

Na Lipach drobnolistnych (łac. Tilia mordata), najbardziej popularnych w północnej części Polski, robiono badania kilkakrotnie. Dowiedziono, że wśród tego samego gatunku występują zarówno okazy, które produkują bardzo dużo nektaru, jak i takie, które wytwarzają go niewiele. Różnice są również w terminach zakwitania i ilości kwiatów. W tym przedsięwzięciu opieram się głównie na roślinach wyselekcjonowanych przez profesora Jabłońskiego. Jego były badania bardzo precyzyjne, ja wysnuwam wnioski raczej na podstawie obserwacji fenologicznych. Jednak w swojej kolekcji trzymam się chronologii ustalonej przez Profesora, dzięki czemu na moim terenie kiedy jedne odmiany jeszcze nie zakwitają, inne już kwitną. Kiedy znów te pierwsze przekwitają, zaczynają kwitnąc kolejne. Pozwala to przedłużyć termin kwitnienia lip z 2 tygodni nawet do 6 czy 7 tygodni, więc ponad 3 razy.

Wśród lip jest duża zmienność. Obecnie nie wystarczy określić gatunku: Lipa drobnolistna, bo w jego obrębie są jeszcze odmiany, które stanowią odrębne linie hodowlane. I różnice między nimi są znaczne - mogą produkować od mniej niż 1 kg nektaru aż do 10 kg. Leśnikom bądź tym, którzy sadzą drzewa w parkach, takie informacje może nie są potrzebne, ale dla pszczelarzy - mają kapitalne znaczenie. Dlatego zbieramy pędy tych najcenniejszych drzew i szczepimy je na jakiejkolwiek lipie, żeby osiągnąć same cenne okazy.

– Jakie są najbardziej miododajne rośliny?

– Miododajność można obserwować po dwojakim kątem: ilości nektaru lub jego jakości. Dla pszczelarzy szukanie tych najbardziej miododajnych roślin jest niezwykle istotne. Metody jej ustalania są bardzo różne. W mojej kolekcji roślin miododajnych są rośliny zaliczane do tych o najwyższej wydajności – przegorzany. To są takie kuliste byliny, które mogą wyprodukować nawet 700 kg miodu z hektara uprawy. Z innych ciekawych okazów mam Lebiodkę pospolitą (łac. Origanum vulgare), której kwiaty zbiera się jako przyprawę – oregano. Choć w warunkach polskich osiąga niepokaźne rozmiary, potrafi wyprodukować również do 700 kg miodu z hektara. Kolejne przykłady to Kocimiętka naga (łac. Nepeta nuda) czy Kłosowiec fenkułowy (Agastache Foeniculum). Za królową roślin miododajnych uznaje się natomiast amerykańską Facelię błękitną (łac. Phacelia tanacetifolia).

– Czy miododajność roślin ma wpływ na dostępność i cenę miodu?

– Niektóre rośliny produkują miód o takim składzie, że choć są uznane za wydajne miodowo, to ich miód jako produkt do kupienia faktycznie jest rzadki. Najbardziej typowym przykładem rzadkiego miodu jest miód akacjowy. Inną kwestią jest dostępność miodów z określonych roślin. Wystarczy, że 50% nektaru pochodzi z danej rośliny, a miód określa się jej nazwą. Uzyskanie pewności, z jakiej rośliny rzeczywiście kupuje się miód, jest więc trudne, choć można oczywiście zbadać proporcje ziaren pyłku, które są w miodzie. Łatwiej jednak nauczyć się rozpoznawać ich naturalne właściwości - miód akacjowy jest na przykład miodem stale płynnym, rzepakowy natomiast potrafi się najszybciej krystalizować.

– Czy to prawda, że najdroższym i jednocześnie najrzadszym w Polsce miodem jest miód wrzosowy?

– W Polsce chyba tak jest. W perspektywie światowej zdecydowanie droższy jest miód z Manuka. Jest to taki krzew z Nowej Zelandii o bardzo charakterystycznym smaku. U nas niestety nie rośnie, choć będę próbował go hodować. Najczęściej w tym względzie przesądzają warunki klimatyczne. Tytułem przykładu, we Włoszech dominują miody eukaliptusowe, z jadalnego kasztanowca i krzewu truskawkowego czy poziomkowego, z którego miód cenią sobie najbardziej. W Polsce ten ostatni krzew oczywiście można hodować, ale nie ma możliwości uzyskania z niego miodu, bo okres kwitnienia przypada na listopad, kiedy u nas już jest zimno i pszczoły nie latają. Ściągamy oczywiście do nas takie ciekawe rośliny, bo chcemy mieć u siebie wszystkie z tych uznanych za miododajne, żeby zobaczyć, jak będą reagować się na nie pszczoły i czy będą z nich zbierać pyłek. Nie wyprodukujemy z nich jednak miodu.

– A jakie ma Pan najbliższe plany?

– Stawiam sobie za cel, by upowszechniać wiedzę o pszczołach i roślinach wśród młodzieży szkolnej. Obserwuję, że jest ona już coraz bardziej powszechna i te tematy wzbudzają zainteresowanie.

Początki były takie, że do naszej pasieki po miód przychodzili wyłącznie starsi mieszkańcy. Zastanawialiśmy się wtedy z żoną, czy czasem nie będzie trzeba niedługo skończyć z pszczelarstwem, bo nikt nie będzie chciał kupować naszego miodu. Kryzys przyszedł zwłaszcza po wstąpieniu Polski do Unii Europejskiej – wtedy wiele osób zachłysnęło się hipermarketami i popkulturą. Niemniej po jakimś czasie powrócił zdrowy rozsądek i wielu ludzi przekonało się, że taki naturalny miód lepiej wspomaga odporność. Teraz przychodzą również ludzie młodzi, którzy – jak ja – wierzą w to, że regularne i sukcesywne spożywanie miodu dostarcza potrzebnych składników, wzmacnia organizm i sprawia, że mniej się choruje.

Dlatego chcemy wciągać w pszczelarstwo jak najwięcej młodych ludzi. Jesteśmy zrzeszeni w formalnych strukturach – mamy koło, obejmujące powiat chełmiński, w którym jest ponad 80 członków, ale średnia wieku wynosi ponad 70 lat. Dlatego jak tylko pojawi się ktoś nowy – dajemy mu od razu parę uli i roi pszczół, a później pomagamy, jak tylko możemy, żeby nie zrezygnował z tych zainteresowań. Mimo wszystko następców jest niestety mało. Zwłaszcza, że pszczelarstwo to zajęcie dla ludzi z pasją, które wymaga czasu. Czasem znajdujemy nawet osoby, które chciałyby spróbować, ale przez pracę zarobkową nie mogą. Obiecują sobie i nam wrócić, ale dopiero na emeryturze.

– Pszczelarstwo to tylko pasja czy można na nim również zarobić?

– Pewnie dałoby się z tego utrzymać, jednak trzeba by było mieć około 100 rodzin pszczelich, a do tego niezbędny jest większy obszar. Delimituje to ilość kwiatów i roślin w okolicy – jeśli jest ich sporo, pszczoły mają co nosić i może być ich więcej w jednym miejscu. Chociaż ja zgadzam się z tym, co mówił prof. Jabłoński, a mianowicie, że raczej rzadko zdarzają się takie pożytki, żeby w jednym miejscu mogło być więcej niż 30 uli. Zawodowstwo wymagałoby więc trzymania uli w kilku miejscach i dojeżdżania do nich. Można to w pewnym sensie obliczyć – trzeba przyjąć, że jedna rodzina rocznie wytwarza ok. 100 kg miodu i ok. 30 kg pyłku, a następnie sprawdzić, jakie rośliny rosną w promieniu 3 km od ula. Na takim obszarze pszczoły mogą zbierać nektar. Dalej oczywiście też polecą w razie głodu, ale wówczas nie przyniosą już miodu.

– Jaki jest Pana ulubiony miód?

– Bardzo cenię miód wrzosowy, o którym już mówiliśmy. W warunkach polskich najlepsze są – moim zdaniem – miód lipowy i właśnie wrzosowy. To miód ciemnobrązowy i galaretkowany, czasem gęstawy, ale nigdy nie płynny i twardy. Ma wyjątkowy smak i jest bardzo ekologiczny, bo pochodzi z wrzosowisk, a więc terenów, gdzie nie ma upraw rolniczych. Miód lipowy zaś jest bardzo dobry na okresy przeziębieniowe. Skutecznie wzmacnia organizm, pomaga podczas chorób gardła i innych tego typu infekcji czy wirusów grypowych. Przy tym ma bardzo wyrazisty smak i jest niezwykle aromatyczny – po otwarciu słoika, zapach wyczuć można nawet w drugim końcu pokoju.

– Panie Wójcie, a dlaczego mimo tak ogromnej wiedzy nie napisał Pan jeszcze książki?

– (śmiech) Nie mam czasu i pewności, czy byłaby ciekawa. Kiedyś pisałem artykuły do czasopism i gazet rolniczych na tematy pszczelarskie, ale obecnie z uwagi na wiele obowiązków brakuje mi już na to czasu. Czasem przygotowuję prezentacje czy pogadanki dla osób z Uniwersytetu Trzeciego Wieku lub dla dzieci w Muzeum Etnograficznym w Toruniu bądź z różnych stowarzyszeń, ale nie jestem przekonany, czy można by było z tych zagadnień stworzyć książkę. Choć na pewno byłaby ona potrzebna – kiedy ludzie mają większą wiedzę o pszczołach, to mniej się ich boją i ich nie trują.

– Bardzo dziękuję za rozmowę. Życzę spełnienia marzeń – zarówno tych samorządowych, jak i pszczelarskich. 

Rozmawiała Teresa Domagała

kup artykuly platne