Rozmowa z Hubertem Bogutą  –  kierownikiem Referatu Integracji Europejskiej  –  Pozyskiwania Środków na Rozwój i Promocję Gminy Urzędu Gminy Stoczek (woj. mazowieckie), zapalonym motocyklistą i propagatorem kultury jazdy motocyklem oraz bezpieczeństwa drogowego

 –  Witaj Hubercie, skąd u Ciebie pasja motocyklowa?

 –  Motocykle lubiłem odkąd pamiętam. Moja pierwsza przygoda z nimi rozpoczęła się, gdy miałem 8 lat, czyli 26 lat temu, kiedy tata zmęczony moimi ciągłymi prośbami kupił mi na komunię Ogara 205  –  potocznego Komarka. Tak to się zaczęło. Później próbowałem go przerabiać, modyfikować, rozbierać i składać z powrotem. Tak ewoluowały moje zainteresowania  –  od motoryzacji polskiej, poprzez radziecką i japońską, aż do obecnej, amerykańskiej i najbardziej wysublimowanej  –  włoskiej.

 –  Co konkretnie robisz, by rozwijać swoją pasję? Kupujesz motocykl i co dalej?

 –  Wszystko zaczyna się od momentu importu. Motocykle kupuję na aukcjach w Stanach Zjednoczonych. Najczęściej są to pojazdy uszkodzone, ponieważ później i tak je przerabiam i modyfikuję. Sam sposób działania różni się w zależności od tego, czy sprowadzam motocykl na konkretne zamówienie. Jeśli jest ktoś zainteresowany kupnem od samego początku, po wyszukaniu odpowiedniego egzemplarza przesyłam kupującemu zdjęcia, a pojazd trafia od razu do niego po 8 czy 10 tygodniach. Jeśli nie ma osoby zainteresowanej, sam kupuję motocykl, naprawiam go i przerabiam według własnej wizji, a potem wystawiam na sprzedaż.

 –  Jak długo wtedy poszukujesz nabywcy?

 –  Z reguły nie sprzedaję motocykli osobom nieznanym, są to najczęściej osoby z mojego towarzystwa albo z innych Klubów motocyklowych. Mam też stałych odbiorców. Ogólnie grono odbiorców jest spore. Dodatkowo Harleye wysyłam do Austrii albo do Finlandii. Rynek tam jest bardziej rozwinięty, więc jeżeli mam jakiś gotowy egzemplarz, wysyłam oferty i w ten sposób szukam zainteresowanych kupnem.

 –  Sprowadzasz jakieś określone typy, modele, czy raczej wybierasz te pojazdy, które wydają Ci się ciekawe?

 –  Z perspektywy wykonawcy najbardziej wdzięczne i najlepsze do przeróbek są Harleye. Natomiast ze względu na moje własne preferencje często wybieram też motocykle angielskie i włoskie, na przykład Ducati. Unikam za to marek japońskich. Takich motocykli jest dużo i trudniej znaleźć na nie takiego klienta, z którym chętnie rozmawiam  –  który nie szuka egzemplarza numer 3248 tylko na przykład egzemplarza nr 3.

 –  Zawsze są tacy klienci chętni na zakup?

 –  Nie, ale jest z tym już coraz lepiej. Ludzie zaczynają odchodzić od stereotypów i od przywiązania do masowych modeli, które wyjeżdżają z salonu. Są bardziej skłonni do realizowania swoich własnych, oryginalnych pomysłów, do wcielania w życie jednostkowych planów czy właśnie nabywania takich osobliwych rzeczy, które chcieliby mieć. Poszerzają się też możliwości do realizacji takich produktów, ponieważ rynek się otworzył. Jest więcej dostępnych części, narzędzi i wynalazków, które się przydają i ułatwiają pracę. Obecnie nasza motoryzacja jest jakieś 15, może 20 lat do tyłu w porównaniu z kontynentem amerykańskim. Na przykładzie tamtejszych rynków można przypuszczać, w jakim kierunku zmierzają zmiany w Polsce i zakładać, że potrzeby w tym obszarze będą coraz większe.

 –  Wszystko robisz sam czy ktoś Ci pomaga?

 –  Nie wszystko mogę zrobić sam ze względu na ograniczony czas i różnego rodzaju wyjazdy klubowe. Większe projekty staram się prowadzić samodzielnie od początku do końca, a mniejsze po prostu zlecam lakiernikom lub znajomym, którzy się danymi elementami zajmują. Natomiast pomysł i główne założenia przeróbek zawsze są moje. Nawet przy zlecaniu prac przekazuję szczegółowe instrukcje dotyczące tego, co ma być zrobione i jak ma wyglądać efekt końcowy.

 –  Czy to jest droga pasja?

 –  Tak, trzeba poświęcić nie tylko czas, ale również spore środki finansowe. Ceny motocykli zaczynają się od 5 tysięcy złotych. Górnej granicy nie ma. Przy przebudowanym na zamówienie pojeździe nawet 50, 100 czy 150 tysięcy złotych to realne stawki.

 –  Wspominałeś o swoim Klubie motocyklowym. Jak on funkcjonuje?

 –  Generalnie jest to grupa osób kochających motocykle, które propagują szeroko pojęty motocyklizm. W tym celu próbujemy pokazywać swój styl życia. Chcemy reprezentować sobą coś więcej niż powszechnie pojęci "dawcy organów" oraz próbujemy odwieźć społeczeństwo od takiego - błędnego postrzegania motocyklistów. Jak w każdej społeczności  –  są też niechlubne wyjątki, ale  –  jak wiadomo  –  one tylko potwierdzają regułę. Dlatego właśnie Kluby propagują kulturę jazdy i zachowania. Są do tego bardzo dobrze zorganizowane  –  aby być w Klubie motocyklowym trzeba poświecić niemało czasu. Najpierw jest okres kandydowania, a później kolejne szczeble konieczne do przejścia, żeby dojść do pełnego członkostwa. W moim Klubie trwa to minimum trzy lata.

 –  Każdego roku Klub organizuje jakiś dłuższy wyjazd?

 –  Tak. Właściwie w ciągu roku organizujemy kilkanaście imprez z pokazami ekstremalnej jazdy motocyklami i lekcjami pierwszej pomocy, ale rzeczywiście jedna ma charakter najbardziej reprezentacyjny. W tym roku odbędzie się nad Zalewem Zegrzyńskim w Serocku. Poza tym przeprowadzamy różne inicjatywy, które mają propagować bezpieczeństwo w ruchu drogowym, uczestniczymy też corocznie w ogólnopolskiej akcji „Motoserce”  –  dwudniowej imprezie z koncertami, zbiórką środków dla osób poszkodowanych w wypadkach i możliwością oddania krwi.

 –  W zimę jest trudno? (śmiech)

 –  Zdecydowanie  –  w zimę motocyklizm jest bez motocykli. (śmiech) Ale nie narzekamy na brak zajęć. Działamy w Kongresie Polskich Klubów Motocyklowych, gdzie jest ich zrzeszonych około 100. Wystarczy więc, że każdy z nich zrobi jedno spotkanie w weekend i już jest w czym wybierać. Zimą staramy się więc poznawać, zacieśniać więzy.

 –  Czyli ciągła impreza? (śmiech)

 –  Jeśli ktoś podejdzie do tego kategorycznie, to właściwie tak. Jednak to w pewnym sensie obowiązek. Jeżeli w moim Klubie jest prawie 100 członków, musimy uzgadniać między sobą dogodne dla każdego miejsca i terminy możliwych spotkań. To obowiązek, choć połączony z przyjemnością. Nie możemy żyć bez motocykli, bez względu na to, czy w grę wchodzi wyjazd w piękną pogodę, czy spotkanie z towarzystwem, z którym jeździło się kilka miesięcy wcześniej. Wielu kolegów ma swoje salony motocyklowe albo warsztaty. Dla nich jest to dodatkowo okazja do wymiany doświadczeń i podglądania, jakie rozwiązania można zastosować.

 –  To pasja do końca życia?

 –  Mam nadzieję, że tak. Trudno mi zresztą wyobrazić sobie inny wariant. Tego się nie wyzbędziesz, bo przecież jeżeli ktoś może zrezygnować, to nigdy motocyklizmu tak naprawdę nie czuł. To taki pozytywny odjazd.

 –  Masz swój ulubiony egzemplarz czy Twoje preferencje są zmienne?

 –  Tak, jak kobieta nie może mieć jednych butów, podobnie nie można mieć jednego motocykla, żeby zaspokoić wszystkie potrzeby. Fajnie, gdy ich jest więcej niż jeden.

 –  Możesz pogodzić pracę z pasją?

 –  Tak. Na szczęście uzależniłem sporą część swoich działań od Ameryki. Występująca różnica czasowa sprawia, że większość zadań wykonuję w godzinach wieczorno-nocnych. Jedynie wyspać się trudno. (śmiech) Chociaż mogę odespać w weekend, jeżeli akurat nigdzie nie jadę.

Czasem jednak trudno jest tak gospodarować swoim czasem, żeby łączyć tę pasję z życiem prywatnym. Ja sam nie mam jeszcze rodziny, ale większość chłopaków, którzy dzielą ze mną zainteresowania, już ją ma, a drugie połówki bywają mniej lub bardziej wyrozumiałe. Zainteresowanie motoryzacją to nie tylko ,,dłubanie'' przy sprzęcie, ale również określony styl życia.

 –  Powiedz dwa słowa o Białorusi z której właśnie wróciłeś. Czy to była wymiana międzyklubowa?

 –  Nie, to akurat była wizyta kurtuazyjna. Z racji tego, że jesteśmy znanym Klubem, na nasze zloty przyjeżdża dużo osób spoza granic kraju. Niektórym z nich nasza ekipa podoba się do tego stopnia, że decydują się zostać członkiem mojego Klubu. Wyjazd na Białoruś był właśnie związany ze spotkaniem z naszym klubowiczem, który mieszka w okolicach Mińska Białoruskiego. Przy okazji spotkania chcieliśmy odwiedzić inne Kluby działające na tamtym terenie, żeby je poinformować, że ktoś będzie jeździł w barwach mojego Klubu  –  GRYF MC POLAND. Kluby motocyklowe szczycą się i identyfikują ze swoimi barwami, dlatego chcielibyśmy, żeby nowa osoba nie była anonimowa. To bardzo prosta zasada  –  jeżeli przyjeżdżasz do kogoś na podwórko, trzeba się przedstawić.

 –  Motocykle kojarzą się zwykle z pokonywaniem odludnych, bezkresnych przestrzeni. Jesteś typem samotnika?

 –  Nie, ale zdecydowanie lubię spokój. Moje obecne miejsce zamieszkania mi go zapewnia. Tu się urodziłem, tutaj się wychowałem i w tej okolicy postanowiłem zostać. Wcześniej mieszkałem w różnych dużych miastach, ale stwierdziłem, że pora odpocząć od tego wszystkiego.

 –  Jakie masz marzenia na najbliższy czas?

 –  Na pewno więcej czasu na jazdę motocyklem. Nie na siedzenie w garażu i dłubanie przy nim, ale właśnie samą jazdę. Chciałbym mieć chociaż miesiąc wolnego, żebym mógł gdzieś pojechać.

W następnym roku kalendarzowym zrobię to na pewno, bo chcę zorganizować wyjazd do Stanów Zjednoczonych. Zamierzamy po prostu wsiąść w samolot, kupić na miejscu Harleye i przejechać nimi przez Stany. W tym roku może uda się za to na dwa, trzy tygodnie pojechać do Norwegii aż do North Cape, czyli na najwyżej położony punkt koła podbiegunowego. To takie bardziej materialne marzenia na ten rok. Poza tym oczywiście marzy mi się zdrowe, spokojne życie.

 –  A samochodem w ogóle jeździsz?

 –  Tak, choć przyznam od razu - jeżdżę tylko dlatego, że muszę. Mieszkanie w takim klimacie zmusza nas do użytkowania samochodu. Zawsze mówię, że jest to narzędzie służące do przemieszczania się z punktu A do B, ale nie przyjemność. Dlatego choć nie lubię, korzystam z samochodu.

 –  Dziękuję za rozmowę. Z chęcią zobaczę teraz Twoje motocykle.

 

Rozmawiała Teresa Domagała