Rozmowa z Heitorem Pereirą, Diego Navarro, Lolitą Ritmanis, Michaelem McCuistionem i Kristopherem Carterem – światowej klasy wybitnymi twórcami i wykonawcami muzykami filmowej podczas 9. Festiwalu Muzyki Filmowej w Krakowie

– Opowiedzcie, proszę, w kilku słowach o tym, jak wyglądały Wasze początki.

Heitor Pereira: Przede wszystkim chciałbym prosić o wyrozumiałość, bo przyleciałem tutaj z bardzo daleka. (śmiech) Pochodzę z Brazylii, z rodzin siedemnaściorga rodzeństwa, więc nie będzie mi trudno wywalczyć sobie prawo głosu, mimo że chętnych do wypowiadania się jest nieco więcej. (śmiech) Moje początki są niezwykle proste. Byłem spokojnym brazylijskim artystą, po czym zostałem odkryty i poproszony o współpracę przez zespół Simply Red. Jako gitarzysta pojechałem do Nowego Jorku, gdzie pracowałem przez równo 10 lat. I nagle ocknąłem się z myślą: "Boże, czy to już wszystko, co mogę robić i tworzyć?". Postanowiłem opuścić zespół i zająć się muzyką filmową, która fascynowała mnie już od dłuższego czasu. Powoli poznawałem ten świat, krok po kroku zaczynał mnie bardziej interesować, trafiałem na coraz to bardziej zakręconych ludzi, których – teraz wiem to na pewno – potrzebowałem, żeby tak naprawdę rozpocząć swoją karierę. Usłyszałem kompozycje Hansa Zimmera, Harrego Gregsona-Williamsa, Johna Powella i chciałem robić dokładnie to samo, co oni. Zainspirowany przez nich zacząłem tworzyć muzykę filmową. Tak moje życie wypełniło się na nowo. Zawsze kochałem muzykę. I to – jak myślę – główny powód, dla którego znalazłem się tutaj dzisiaj. Z największą przyjemnością zawsze celebruję chwile, w których mogę podzielić się swoją pasją z ludźmi, którzy uwielbiają to samo, co ja. Tak tworzy się wspólnota ludzi z różnych miejscowości, krajów i stron świata, połączona dźwiękami muzyki, przemawiającymi do każdego tym samym językiem.

Michael McCuistion: Ja nie przyleciałem z aż tak daleka – wyłącznie z Los Angeles. (śmiech) Pochodzę ze stanu Nebraska. Moje marzenia o tym, aby tworzyć muzykę filmową miały swój początek już w szkole średniej. Konsekwentnie kroczyłem tą drogą – ukończyłem studia z dziedziny klasycznej kompozycji muzycznej, a następnie uczyłem się kompozycji muzyki telewizyjnej pod okiem Harry’ego Warrena. Mimo że przebywałem w środowisku muzycznym niemal od zawsze, nie spotkałem się wcześniej z ideą organizowania takiego międzynarodowego spotkania pasjonatów muzyki filmowej. Nie robimy tego! Sam nie mogę znaleźć właściwej odpowiedzi na pytanie, dlaczego tak jest. Jaki jest powód tego, że nie wspieramy tej wspólnoty, którą tworzymy, choć wiemy, że jest ważna dla każdego z nas. Kiedy po studiach zdobywałem doświadczenie w dziedzinie muzyki filmowej, współpracując jako aranżer choćby z Shirley Walker, przekonałem się na własnej skórze, jak istotne jest to, żeby ktoś powiedział "Hej, może zrobimy coś fajnego razem?". To właśnie takie niezobowiązujące pytania doprowadziły mnie do tego momentu kariery, w którym jestem, z moimi partnerami, siedzącymi obok.

Lolita Ritmanis: Zgadzam się w zupełności! Pochodzimy z różnych miejsc, ale pasja do muzyki filmowej łączy nas nie zwykle silnie. Moje korzenie są zupełnie inne, bo łotewsko-amerykańskie. Moi rodzice mieszkali w Rydze, więc bywałam wcześniej w Polsce, choć było to jeszcze długo zanim odzyskała wolność. Muszę przyznać, że z przyjemnością patrzę na zmiany, jakie tutaj zaszły. Nie tylko polityczne, ale także te w sercach kreatywnych, twórczych ludzi. Moje początki były niemal takie same jak Michaela. Z jedną różnicą — od początku pracowałam bardzo dużo jako aranżer orkiestrowy. Opracowywałam utwory Michaela Kamena, Marka Snowa, Basila Poledourisa i to była cudowna baza doświadczeń, na której mogłam budować swoją karierę. Dopiero później zdałam sobie z tego sprawę. Przyszedł taki moment, że pomyślałam: "Co za szczęście! Już mając 19 lat uczyłam się od najlepszych". I kiedy przyszedł czas na moją drogę z kompozycją filmową dla Warner Bros, ogląd, który już miałam, zaczął procentować. Teraz jestem artystką, matką i jedną z nielicznych, głównych kompozytorek muzyki filmowej. Kobiet w tej branży jest niezwykle mało!

Heitor Pereira: Otóż to! Dziewczyny! Potrzebujemy was więcej! (śmiech)

Lolita Ritmanis: Dlatego jestem wdzięczna Doreen Ringer Ross za Alliance for Women Film Composers, który jest taką naszą społecznością w społeczności. (śmiech)

Kristopher Carter: Ja przyleciałem z Teksasu, gdzie mam swoje ranczo, ale nie jestem prawdziwym kowbojem. (śmiech) Zacząłem komponować muzykę do filmów dlatego, że uznałem to za najlepszą drogę do wyrażania siebie i przekazania światu tego, co mam do powiedzenia. W dzisiejszym świecie ważne jest odkrycie swojej własnej przestrzeni realizacji – dla mnie jest to właśnie komponowanie. Dlatego właśnie tworzę muzykę filmową. Chcę opowiedzieć własną historię, choć związaną z tą przekazywaną na ekranie. To niesamowite uczucie móc wyrażać siebie, a przy tym pracować z niezwykłymi ludźmi, którym pomaga się przedstawić ich przesłanie. Kiedy byłem na studiach, aranże orkiestrowe zrobiły na mnie wielkie wrażenie. Stawałem przed zespołem muzyków i widziałem, jak między nimi przechodzi iskra porozumienia. Nigdzie nie widać tego tak wyraźnie, jak w muzyce filmowej, w której muzyka musi współgrać z obrazem. Dlatego tak cenię sobie doświadczenia, które zdobywam w BMI Records.

Diego Navarro: Opowieść o tym, jak ja znalazłem się w miejscu, w którym jestem, mogła by być bardzo długa. Od zawsze planowałem, że moje życie zawodowe będzie związane z kinem, które kochałem. Połączenie kina i muzyki to był strzał w dziesiątkę – coś, co mnie dogłębnie zafascynowało i pochłonęło. Bycie częścią procesu, w którym muzyka wypełnia pustkę stanowiącą tło obrazu filmowego, to wrażenie nie do opisania. Muzyka filmowa po prostu była w mojej głowie - tam ją odkryłem, dzięki takim postaciom, jak John Williams, który był dla mnie chyba największą inspiracją.

Urodziłem się na Teneryfie, a swoją karierę muzyczną rozpocząłem jako dzieciak – w wieku 13 lat. Moja droga była pełna odważnych wycieczek w nieznane i powrotów, ale jest przykładem na to, że marzenia się spełniają. Od samego początku, od swoich pierwszych kroków stawianych w tworzeniu muzyki filmowej, wiedziałem, że komponowanie melodii do filmu to właściwie kreowanie muzyką bohaterów filmowych. To jednak też doskonała okazja, by zajrzeć w głąb siebie. Oczywiście jest to pewnego rodzaju rzemiosło – z każdą kolejną kompozycją jest się już mądrzejszym o wcześniejsze doświadczenia, posiada się większą zdolność współpracy z innymi osobami pracującymi przy filmie. Jednocześnie potrafi się jednak lepiej wyrażać to, co chce się zawrzeć w dźwiękach. To dlatego dziś rozmawiamy – chcemy się podzielić swoimi spostrzeżeniami, które mogą być przydatne dla młodych adeptów sztuki kompozycji filmowej.

– Jak powstają muzyczne odpowiedniki Waszych postaci? Jak można „przełożyć” film na dźwięki?

Heitor Pereira: Chciałbym chwilę o tym opowiedzieć – właśnie jak "ubiera" się postać w odpowiednią, oddającą jej charakter melodię. Nie wystarczy sam przebieg melodyczny i jednostajny rytm. Aby muzyka odgrywała w filmie  swoją rolę i była przekonująca, każdy bohater musi stać się melodią. Ja mam nieco łatwiej niż inni, bo jestem Brazylijczykiem – muzyka jest w sposób naturalny częścią mojego życia i myślenia o świecie, a to bardzo pomaga. (śmiech) Podczas komponowania trzeba przestawić się i zacząć odbierać i wyrażać świat właśnie poprzez dźwięki.

Niesie to za sobą istotne konsekwencje. Film i muzyka mają pomagać oderwać się od rzeczywistości, zawsze jednak to rzeczywistość determinuje ich kształt i odbiór. Każdorazowo są one przesłaniem, wiadomością, wysyłaną w świat. Dlatego dla mnie melodie filmowe nie są jedynie oddaniem charakteru postaci, ale w sposób mimowolny, może nawet podświadomy mówią o tym, kim jesteśmy i skąd pochodzimy. Za każdą melodią stoi czyjeś życie – doświadczenia, przeżycia, historia i kraj pochodzenia. Wszystkie te osobiste zdarzenia stają się również częścią postaci. I działa to w dwustronnie – ja wkładam swoją historię w bohaterów, których opisuję muzyką, a widz decyduje o tym, jak odnaleźć i wpisać siebie w dźwięki przy odbiorze tej muzyki. Stąd dla mnie komponowanie to nie tylko oddanie napisanej historii, ale i części siebie. Więc właściwym pytaniem nie jest to, jak powstają poszczególne melodie, bo one w nas są, to część nas jako kompozytorów. Chodzi raczej o to, czy i co dokładnie mamy ludziom do oddania z własnego wnętrza. Podporządkowanie swojego przesłania konkretnym momentom fabuły i akcji w filmie uczy zaś tego, jak wymowniej wyrażać poszczególne uczucia, które w nas tkwią. Wymusza refleksję nad tym, co dana kombinacja nut da odbiorcom i tobie – jako kompozytorowi – w pierwszej kolejności. W dobrze trafionej melodii chodzi więc o to, żeby nie tylko trafiała w ucho tak, by chciało się ją nucić lub gwizdać wracając z projekcji filmu do domu, ale również o to, by widz odnalazł w niej cząstkę siebie. No i oczywiście jeszcze o to, żeby film okazał się kasowy. (śmiech)

Michael McCuistion: Ja, Lolita i Kristopher widzimy naszą muzykę nieco inaczej, ponieważ mamy swoje własne kompozycje, niemniej muzykę filmową tworzymy pracując w zespole. Przyznam, że jest to nieco nieoczywiste i niecodzienne, kiedy dzieło nie ma jednego autora. To specyficzna sytuacja również dla wykonawców – widzą przed sobą troje ludzi chcących przekazać tę samą wizję w tym samym czasie. Mamy zupełnie inny tryb pracy nad własnymi projektami, a odmienny wobec tych, których podejmujemy się razem. Współpracujemy różnie – czasem dzielimy się pewnymi fragmentami, zdarza się też, że po prostu tworzymy wspólnie. Bywa, że dzielimy się motywami, w innym przypadku podział następuje według taktów, fraz lub większych fragmentów. Jesteśmy elastyczni pod tym względem – w końcu chodzi nam o to, aby efekt pracy był zadowalający dla nas oraz dla twórców filmu. Teraz, po kilkunastu latach wspólnej pracy, czasem wydaje nam się wręcz, że mamy wspólny mózg – jakbyśmy wrzucali wszystkie pomysły na jeden serwer i tworzyli z tego coś, czego nikt z nas z osobna nie skomponowałby w takim kształcie.

Lolita Ritmanis: Zgadzam się – dokładnie tak samo to odczuwam. Dodam jeszcze tylko, że zwykle nawet my nie wiemy, jaki będzie skutek naszej wspólnej pracy. Otwartość i elastyczność w myśleniu są zresztą wpisane w ten proces. Na samym jego początku to twórcy filmu przychodzą do nas jako kompozytorów, przedstawiają swoje priorytety i mówią o tym, na czym im zależy, co powinniśmy ich zdaniem podkreślić muzyką. Następnie my oglądamy film i próbujemy nadać obrazom jakąś własną interpretację – jak zagrać muzyką, tonacją, tonem, głośnością dźwięku lub nawet ciszą. Dużo rozmawiamy o emocjach, które film w nas wzbudza i o roli, jaką ma spełniać muzyka w danym jego fragmencie. Wtedy spotykamy się w trójkę z twórcami filmów i mówimy im o swoich pomysłach, które oczywiście muszą uwzględniać ich wskazówki. Czasem jednak idą w nieco inną stronę – i nierzadko to naszą wizję udaje się przeforsować. Co więcej, muzyka musi uwzględniać nie tylko fabułę, nasze odczucia i sugestie producentów, ale także reakcje widzów. Musimy przewidzieć i zaplanować muzycznie każde westchnienie, śmiech czy nawet łzy wzruszenia tych, którzy zasiądą przed ekranem. To wszystko staje się elementem kompozycji, która powstaje. Wtedy utwór przestaje być już nasz, zaczyna należeć do historii, która opowiada film.

Kristopher Carter: Ja zwrócę jeszcze uwagę na jedną rzecz. Ci ludzie, siedzący obok mnie i współpracujący ze mną na co dzień, są niesamowicie utalentowani. Współpraca w trójkę dostarcza nam nieustannej dawki energii – zawsze któreś z nas odczuje bardziej dany fragment i w swoim zaangażowaniu pociąga za sobą resztę. Czasem ten dynamizm jest na tyle silny, że zastanawiam się nawet, czy wciąż jeszcze nadajemy na tych samych falach. (śmiech) Dlatego wspólna praca jest dla nas niezwykle ważna i ubogacająca – daje nam możliwość osiągnięcia niewiarygodnych efektów za cenę wyłącznie 33% zaangażowania. (śmiech)

– Dziękuję bardzo za rozmowę i w życzę Wam wszystkim jeszcze więcej niewiarygodnych efektów, o których z taką pasją mówicie.



Heitor Pereira – zaczął jako autor piosenek do filmu „Lepiej być nie może” i wkrótce pisał już muzykę do hitów kina, takich jak: „Jak ukraść księżyc”, „Minionki”, „Smerfy”, „Zostań, jeśli kochasz”, „Mroczny Rycerz”, „Piraci z Karaibów”, „Simpsonowie”, „Madagaskar”, a także „ Odrobina nieba” czy „Dirty Dancing 2”. Jest również twórcą aranżu muzycznego w najnowszym filmie kinowym „The Angry Birds Movie”. Tworzone przez niego melodie zapewniły mu uznanie krytyków, dwie nominacje do Nagrody Annie oraz osiem nagród ASCAP.

Michael McCuistion – kompozytor nagrodzony Emmy, w branży filmowej, telewizyjnej i multimedialnej od ponad 15 lat. W swojej karierze nominowany był do dziesięciu nagród Emmy i trzech Annie Awards. Skomponował m.in. ścieżkę dźwiękową do nagrodzonego Oscarem filmu „My Mother Dreams the Satan's Disciples in New York”, a także „Superman”, „Batman”, „Spider-Man”, „Liga Sprawiedliwych”, „Młodzi Tytani”, „Ben 10” i „Avengers” oraz gier wideo z serii „Spider-Man”. Ponadto dyrygował podczas nagrań wszystkich wymienionych produkcji. Stworzoną przez McCuistiona muzykę można usłyszeć też codziennie w rotundzie Obserwatorium Griffitha.

Lolita Ritmanis – jest kompozytorką dziesięciokrotnie nominowaną do Emmy, a także laureatką tej nagrody za muzykę do „Batman Beyond”. Jako założycielka Dynamic Music Partners, tworzy grupę wraz z partnerami Michaelem McCuistionem i Kristopherem Carterem. Komponowała muzykę do animacji „The Spectacular Spider-Man”, „Liga Sprawiedliwych”, „Ben 10”, „Avengers: Zjednoczeni”, „Scooby-Doo”, „Batman” oraz „Superman”. Była orkiestratorem ponad 100 filmów, mini-seriali telewizyjnych, takich jak „Zabójcza broń 4”, „X-Files Film” czy „Robin Hood: Książę złodziei”. Jej koncerty i cztery oryginalne musicale były wykonywane w całych Stanach Zjednoczonych, Kanadzie, Europie, Tajwanie i w Australii.

Kristopher Carter – rozpoczynał jako jeden z najmłodszych kompozytorów wytwórni Warner Bros, tworząc muzykę do jednego z odcinków „Batmana”. W wieku 22 lat otrzymał nagrodę Emmy za główny motyw tego serialu animowanego. Dodatkowo skomponował ścieżki dźwiękowe do kilku innych serii, w tym „The Spectacular Spider-Man”, „Liga Sprawiedliwych”, „Ben 10” czy Avengers: Zjednoczeni”. Swoje zainteresowania muzyczne rozwija na wielu płaszczyznach: śpiewa w chórze, jest organistą w kościele, asystentem reżysera, basistą i klawiszowcem w zespole rockowym, a także stage managerem i aranżerem.

Diego Navarro – kompozytor muzyki filmowej, dyrygent i dyrektor festiwalu muzyki filmowej na Teneryfie. Karierę muzyczną rozpoczął w wieku 13 lat – wykonał utwór skomponowany przez siebie. 8 lat później po raz pierwszy dyrygował orkiestrą. Dziś sam komponuje, rozpisuje orkiestrację i dyryguje prawykonaniami najbardziej znanych aranży muzyki filmowej, w której specjalizuje się, zdobywając międzynarodową sławę.

 

Opracowała Diana Jagodzińska