„Sensem podróży nie jest dotarcie do celu, lecz odwaga, by w nią wyruszyć. Zwyczajni ludzie żyją z dnia na dzień, wielcy ludzie mają marzenia, bohaterowie wyruszają na podbój tych marzeń. Ja jestem bohaterem, bracie..." – ten cytat najlepiej oddaje mój nastrój przed wyprawą do Afryki.

Wiedziałem, że są miejsca z piękniejszymi zabytkami, bujniejszą przyrodę, lepszą kuchnią i dużo lepszym winem. Jednak jadąc do Afryki wierzyłem, że przeżyję przygodę, która przebije wszystkie dotychczasowe.

I tak też się stało. Było trudno, gorąco, czasem nie mieliśmy co jeść i pić, a chwilami bywało naprawdę niebezpiecznie. Jednak z pewnością było warto.

Dakhla, jakieś 240 km nad oceanem

Wszystko zaczęło się 16 stycznia w Dakhli w Saharze Zachodniej. Tam dolecieliśmy z Polski z dwoma przesiadkami. Było nas sześciu: Darek na Transalpie. Ernest z Yamahą XT660R, Eryk z GS800, Maciek na Afryce, a Tomek i ja na dużych GS. Ruszamy przed siebie, ciekawi, co nam los przyniesie…

Obudziłem się rano w hotelu o godzinę za wcześnie i równie za wcześnie obudziłem Eryka. To wina iPhone'a, który się nie przestawił na lokalny czas. Chcąc nie chcąc schodzimy na śniadanie i jesteśmy pierwsi. Jak na marokańskie realia jest ono całkiem niezłe i obfite.

Kontrole pod kontrolą

Po śniadaniu jedziemy się przepakować. Planujemy wyjazd o jedenastej, żeby spokojnie przekroczyć granicę z Mauretanią. Wyjeżdżamy co prawda trochę później, ale cały czas wszystko przebiega zgodnie z planem.

Podróż bardzo nam ułatwiają fiszki z pierwszą stroną paszportu i danymi motocykla. Dzięki temu błyskawicznie pokonujemy kolejne punkty kontrolne, wręczając funkcjonariuszom przygotowane druczki. Policjanci są nam za to wdzięczni, bo nie muszą spisywać danych z naszych paszportów i dowodów rejestracyjnych. Lekko licząc, dzięki takim ułatwieniom oszczędzamy w ciągu miesiąca dwa dni, które normalnie musielibyśmy poświęcić na formalności.

Przymusowy postój nad oceanem

Przez cały czas widzimy tylko piach – raz żółty, raz szary – oraz turkus Atlantyku. Niestety, nasze plany biorą w łeb, kiedy jeden z nas dwa razy łapie gumę. Za każdym razem ucieka co najmniej godzina. Nie ma szans na to, by o czasie dotrzeć na granicę. W związku z tym postanawiamy po drodze rozbić obozowisko nad brzegiem oceanu. Moim zdaniem pomysł głupi, bo temperatura jak w kieleckim na dworcu i trudno jest rozbić namioty. Poza tym, wystarczy na chwilę cokolwiek spuścić z oczu i już trzeba gnać w pościg za porwaną przez wiatr część wyposażenia.

Ale w sumie jest pięknie. Napoczynamy zawartość pierwszego rotopaxa. Humory zdecydowanie się poprawiają. Jest miło na tyle, że mamy problemy z rozpędzeniem towarzystwa do namiotów. Jednak przecież rano trzeba wstać.

Jedno jest pewne. Już widać, że grupa jest zgrana i będzie wesoło. Miejmy nadzieję, że jutro uda nam się dotrzeć do stolicy Mauretanii.

Moto Voyager – Grzegorz Malicki