Dzień piętnasty: Atakpame – Badou. Dystans 98 km

 

Rano próbujemy zaplanować dalszą drogę. Szybko jednak dochodzimy do wniosku, że w Afryce nie ma to najmniejszego sensu. Dlatego ustalamy tylko najbliższy cel, czyli największy wodospad w Togo i ruszamy.

Walory Afryki

Wyjazd z miasta jest jak zwykle paskudny, ale kilka kilometrów za nim zaczyna się fantastyczna górska droga z wieloma zakrętami. Jedyny mankament to ostre zakręty, które nie są asfaltowe, więc zmuszają nas do zwalniania. Mimo wszystko jest to jak do tej pory najciekawsza droga, jaką tutaj jechałem.

Wjeżdżamy na wysokość 800 m n.p.m. To, co mnie miło zaskakuje w Togo, to bardzo dobre oznakowanie dróg. Zaznaczone są wszystkie roboty drogowe i wszystkie pułapki, które mogą na nas czekać. W Afryce widzę to po raz pierwszy. Również wioski, przez które jedziemy, są bardzo zadbane i czyste.

 

Musimy – oczywiście – zatrzymać się na punkcie kontrolnym przed wodospadem. Chyba, dlatego że to strefa przygraniczna. Nie udaje się pokonać jej wprawdzie bez problemów, ale w końcu docieramy do wioski, skąd zaczyna się ścieżka pod wodospad. Ponieważ czeka nas półgodziny spacer korzystamy z miejscowego „hoteliku”, przebieramy się i gasimy pragnienie piwem.

Wodospad w Badou

Tak przygotowani ruszamy z naszymi przewodnikami w drogę. Po pół godzinie docieramy pod wodospad i wszyscy stwierdzamy, że z pewnością było warto. Widok jest imponujący, a przecież to pora sucha. Jak wspaniale musi się więc prezentować w porze deszczowej?

Oczywiście korzystamy z możliwości i pływamy w lodowatej wodzie pod spadającymi kaskadami. Zapewniamy sobie niesamowite przeżycie i przy okazji w drogę powrotną ruszamy odświeżeni 😊. Nasz przewodnik tłumaczy, że pora sucha, czyli nasza zima, to najgorszy okres do zwiedzania Afryki. Przyroda jest bardziej żółta niż zielona. Dopiero w maju wybucha całą swoją okazałością i wówczas dopiero jest co oglądać.

Rozłam w szeregach i idealny dzień

Wracamy do wioski i tu w grupie następuje „rozłam” 😉. Ernest z Darkiem i Maćkiem jadą off-em dalej, a ja z Erykiem i Tomkiem dochodzimy do wniosku, że nie ma to sensu i zostajemy na miejscu. Pokoje są bardzo skromne, ale kosztują tylko 5 €. Dodatkowo czujemy, że spędzimy tutaj miło czas.

I nie mylimy się 😉. Co prawda, najpierw trzeba wyjąć gwoździa i zakołkować oponę w moim GS-ie, ale potem jest już bardzo wesoło. W końcu możemy napić się zimnego piwa i whisky, pogadać do wieczora o głupotach i pobawić się razem z mieszkańcami wioski, którzy licznie ściągają do naszego baru. W końcu nie często tu zaglądają „białasy” i jesteśmy dla nich dużą atrakcją.

 

Mamy również czas zaprzyjaźnić się z naszym przewodnikiem. Jest to 35-letni chłopak, który skończył socjologię, ale nigdy nie znalazł pracy i ciągle szuka sposobu na życie. W Afryce to standard. Idąc spać jednogłośnie stwierdzamy, że był to nasz najwspanialszy dzień spędzony w Afryce.

 

Dzień szesnasty: Badou – Kara. Dystans 356 km

 

Budzę się rano niesamowicie wypoczęty i w świetnej formie. Biorąc pod uwagę ilość wczoraj wypitego alkoholu, zakrawa to na cud 😊. Dochodzę do wniosku, że to z pewnością zbawienny wpływ wodospadu i klimat wioski, w której spędziliśmy ten wyjątkowy wieczór.

Cena zabawy

Ledwo zdążyłem wstać, a już pojawia się tutejszy mechanik-wulkanizator z chińską pompką. Chyba ją zaiwanił Ernestowi. Nie wiem, jak on sobie, bidul, poradzi na tym off-ie, biorąc pod uwagę fakt, że jest specjalistą od łapania gum 😉.

Pompka jest potrzebna do napompowania naprawionej wczoraj opony. Na szczęście Eryk spisał się na medal i opona trzyma ciśnienie 👍. Można ruszać.

 

Jak to w życiu bywa, za wszystko trzeba zapłacić. Dlatego wieczorna zabawa kosztuje nas gonitwą asfaltem w kierunku granicy z Beninem, która ma na celu nadrobienie strat. Nie jest to wielka frajda, ale nawet w takiej sytuacji można znaleźć przyjemne momenty, dlatego gdzieś w połowie drogi postanawiamy zatrzymać się przy straganie, zjeść coś słodkiego i wypić kawę.

Przydrożne przyjemności

Z tym pierwszym nie ma problemu: panie na straganie mają fajne pączko-racuchy. Jednak o kawie nawet nie ma co marzyć. Na szczęście jesteśmy przygotowani na każdą okazję. Eryk wyciąga kuchenkę, menażkę i kawę. Ze straganu pod daszek w cień przynoszą stolik, krzesełka i szklanki. Ni stąd, ni zowąd jak spod ziemi pojawia się gromadka dzieci i dorosłych. Tak jest zawsze, jak tylko gdziekolwiek się zatrzymamy. My i nasze motocykle zawsze jesteśmy dla lokalesów wielką atrakcją.

Tym razem zainteresowanie dodatkowo rozbudza kuchenka gazowa. Miejscowi zachodzą pewnie w głowę, jak my tam do środka upchaliśmy węgiel drzewny 😉 – ich podstawowe paliwo.

 

Częstujemy ich kawą i to dopiero jest dla nich zaskoczenie. Zachwycają się jej smakiem, wychwalając w swoim języku pod niebiosa. W takich chwilach człowiek sobie zdaje sprawę, że to, co dla nas jest zwyczajną rutyną, dla innych może być największym rarytasem. I właśnie takie proste zdarzenia często najdłużej zapadają w pamięci.

Niezapomniane chwile

Jednak nie możemy za długo korzystać z chwili. Tomek rozdał już wszystkie długopisy, a Eryk spakował sprzęt, więc trzeba się zbierać. Reszta trasy przebiega nam równie sprawnie jak wszystko tego dnia. Grunt to dobra organizacja i dyscyplina.

Przed miastem Kara zatrzymujemy się na stacji benzynowej, żeby przeanalizować sytuację. Od Ernesta nie mamy żadnej wiadomości, ale jakoś nas to nie dziwi. Jak na niego, jest jeszcze zdecydowanie za wcześnie. Postanawiamy nie jechać dalej, bo to chyba jedyne miejsce na naszej trasie, w którym możemy znaleźć jakiś hotel. Dość szybko i sprawnie udaje nam się też taki znaleźć – z klimatyzacją i internetem.

 

Pozwalamy sobie na szybką kąpiel. Rzeczy do prania przekazujemy pani, która tylko na to czekała, i ruszamy w miasto. Wygląda ono jednak raczej jak jedno wielkie targowisko lub nawet złomowisko. Znajdujemy jednak knajpkę z menu po niemiecku, więc przynajmniej wiemy, co wybrać. Dodatkowo jedzenie jest fantastyczne. Raczymy się nim na tarasie, popijając zimnym piwem i obserwując zgiełk przed nami.

Dopisują nam humory. Szczególnie rozbawia nas widok kobiety niosącej felgę samochodową na głowie. Wiemy, że Afrykanki są w tej dziedzinie dobre, ale to to już mistrzostwo świata 👍😄. Nadal nie mamy wiadomości od Ernesta, więc dochodzimy do wniosku, że dalej będziemy sobie radzić sami. Nie mamy też większych obaw, że świetnie nam się to uda. Wyśpimy się i jutro pojedziemy do Beninu. Dobranoc!

Moto Voyager – Grzegorz Malicki