Dzień dziewiętnasty: dystans 273 km

 

Dziś poranek i śniadanie nad Morzem Krokodyli. Nazwa szumna, ale przed nami raczej bajorko niż morze 😉.

Śniadanie po śniadaniu

Po naszym posiłku idziemy nakarmić krokodyle z opiekunem Michaelem. Trochę jesteśmy zdziwieni chodzącymi przy brzegu osłami i świnkami, ale nasz przewodnik objaśnia nam, że krokodyle, których jest ponad setka, są regularnie dokarmiane właśnie po to, żeby nie stanowiły dla nich zagrożenia.

Świeżo zabitym kurczakiem udaje nam się wywabić kilka egzemplarzy na sesję zdjęciową. Nie są może wielkie, ale ich uzębienie i tak robi na nas spore wrażenie. Jeszcze tylko sweet fotka z Michaelem i ruszamy w drogę.

Tym razem wiemy dokładnie, dokąd jedziemy. Michael zadzwonił wcześniej do swojego kolegi Chabrela w Bobo-Dioulasso, zamówił nam hotel i zorganizował zwiedzanie. To najbardziej znane turystyczne miasto w Burkina Faso i chyba już nasz ostatni postój turystyczny. Dalej już tylko ponad 3000 km paskudnych dróg po Mali, Mauretanii i Saharze Zachodniej.

Komu w drogę, temu awaria

270 km do Bobo to afrykańska rutyna. Nic się ciekawego nie dzieje oprócz tego, że znowu klęka Maćkowa Africa. Ale to już też właściwie codzienność 😉. Wymiana przepalonego bezpiecznika nic nie daje, bo nowy spala się równie szybko. Trzeba znaleźć przyczynę. Szczególnie, że Maćkowi został już ostatni bezpiecznik.

Na szczęście tak na wszelki wypadek Eryk ma cały komplet, mimo że jego BMW nie ma przecież bezpieczników 😊. Maciek odłącza wcześniej uszkodzoną pompę z obwodu i wszystko gra. Możemy jechać dalej.

O dziwo, przez Bobo przejeżdżamy całkiem szybko i bez trudu znajdujemy nasz hotel, a nas równie szybko znajduje Chabrel. Sadza Erykowi na tylne siedzenie chłopaka z firmy i w normalnych ciuchach bez kasków ruszamy na zwiedzanie Bobo.

Czas na zwiedzanie

Chabrel najpierw zabiera nas do muzeum, ale to nas nie porywa. Później podziwiamy największy i najstarszy meczet w Burkina Faso, a na koniec czeka nas największa – według mnie atrakcja – najstarsza dzielnica Bobo-Dioulasso, będąca zarazem jego kolebką.

Nie jest to jednak atrakcja w naszym tego słowa rozumieniu. Ludzie mieszkają tutaj we wręcz tragicznych warunkach. Brud i śmieci pojawiają się w niewyobrażalnych ilościach. Nie lubię nadużywać tego zwrotu ale tego naprawdę nie da się opisać. Być może zdjęcia choć trochę oddadzą charakter tego miejsca. Na mnie robi to porażające wrażenie. Fakt, że w tym samym czasie na tym samym globie mogą jednocześnie istnieć na przykład Nowy York i ta dzielnica, nie mieści mi się w głowie.

Daję się skusić na wypicie lokalnie wyrabianego piwa, chociaż po obserwacji, w jakich warunkach jest wyrabiane, wymaga to ode mnie niemałej odwagi. Oprócz tego kupuję sobie kolejną czapkę z wyprawy. To taki mój zwyczaj 😊.

Wieczór jest bardzo przyjemny, więc odstawiamy motocykle i idziemy do restauracji naprzeciwko hotelu. Próbujemy typowych afrykańskich dań i raczymy się piwem. Po drodze do hotelu kupujemy jeszcze dwie buteleczki wina. To już ostatnie podrygi. Wkrótce Mauretania i zero alkoholu, ale i na tę okoliczność mamy zamelinowaną resztkę rotopaxa. W hotelu czeka na nas Chabrel ze swoją dziewczyną, żeby wyciągnąć nas na miasto, ale grzecznie mu dziękujemy. Jesteśmy już mocno zmęczeni. Cały dzień jazdy w 34-stopniowym upale oraz zwiedzanie dały się trochę we znaki, a jutro planujemy kolejne 600 km. Dopijamy winko i idziemy spać.

 

Dzień dwudziesty: Bobo Dioulasso – Segou. Dystans 490 km

 

Dobrze, że wczoraj porozmawialiśmy jeszcze z Chabrelem o drodze do Bamako. Okazało się, że ta, którą planowaliśmy pojechać na Sikasso, jest w bardzo kiepskim stanie.

Rozłam w szeregach

Po usłyszeniu nowych informacji, razem z Erykiem i Tomkiem postanawiamy wybrać dłuższy wariant i pojechać na Koury. Nałożymy 60 km, ale nadrobimy to prędkością. Ernest, Darek i Maciek wybierają krótszą drogę, ale przy ich problemach sprzętowych to całkiem rozsądne rozwiązanie, bo i tak szybciej nie pojadą. Dojeżdżamy na granicę i tu jak zwykle zaczynają się korowody wielokrotnie zadawanych tych samych pytań, a na dodatek zero komunikacji w języku angielskim i mnóstwo uciążliwych formalności.

Na szczęście dla nas trafiamy na wyjątek. Jeden z funkcjonariuszy jest bardzo sympatyczny i dobrze mówi po angielsku. Gdy tylko słyszy, że jedziemy przez Segou, od razu powiedział, że musimy tam zostać, bo właśnie w ten weekend odbywa się jeden z największych festiwali muzyki etnicznej w Afryce. Ale fart 😊!

Nie wahamy się ani chwili i zmieniamy plany. Postanawiamy zostać w Segou i obejrzeć festiwal. Co prawda Erni chciał nas jeszcze wyciągnąć na północ Mauretanii, żeby obejrzeć jakiś kamień, ponoć całkiem duży, my jednak wybieramy imprezę. Zobaczymy się pewnie dopiero w Dakhli. I to jest właśnie przygoda, a planowanie to – jak mawiają mądrzy ludzie– czas stracony 😉.

Afrykańska monotonia

Opuszczamy bez żalu Burkina Faso i wjeżdżamy do Mali. Czeka nas monotonnych 300 km. Jak na Afrykę to spory dystans. O jakości dróg już pisałem. Ilość i częstotliwość występowania dziur jest tak duża, że nie można sobie pozwolić nawet na sekundę dekoncentracji. Nawet jak trafia się odcinek dobrej drogi, to i tak trzeba zachować rozsądną prędkość, bo krowy i kozy to równoprawni, ale bardzo mało przewidywalni użytkownicy jezdni.

Do tego dochodzi upał. Co prawda nie robi już na nas wrażenia te 35 stopni, ale nadal po całym dniu jazdy zmęczenie i trudność z utrzymaniem koncentracji dają się mocno we znaki. Na dodatek przez cały dzień nie możemy znaleźć miejsca, w którym moglibyśmy coś zjeść. Wizyta w jednej z „restauracji” nawet mnie odrzuciła, a wszyscy, którzy mnie znają, wiedzą, że jestem w stanie zjeść prawie z każdego „pieca” i nie tylko chleb 😉. Jedynym naszym pożywieniem są banany, co zapasy mamy zbyt głęboko schowane. Jutro je przepakujemy.

Dlatego z radością kończymy dzisiejszą jazdę w Segou. Hotel, który przypadkowo wybrałem w nawigacji, okazuje się strzałem w dziesiątkę. Jest piękny i położony nad samym brzegiem Nigru. Parkujemy nasze motocykle, przebieramy się i ruszamy natychmiast do wioski festiwalowej. Co prawda to 3 km pieszo, ale nie wahamy się nawet minuty. Spacer jest bardzo fajny, bo możemy przy okazji obserwować lokalne życie z prędkością trochę mniejszą niż motocykla 😉.

Festiwalowe atrakcje

Festiwal to istna feeria barw, dźwięków i smaków. Po ścisłej kontroli przez antyterrorystów dostajemy się do środka. Pierwsze, co robimy, to „rzucenie się” na piwo. Cały dzień jazdy, upał i spacer zrobiły swoje 😊.

Zaspokoiwszy pragnienie, możemy delektować się festiwalowym życiem. Fantastyczna muzyka, tańce i żywiołowa reakcja widzów robią na nas ogromne wrażenie. Niestety w pewnym momencie zdajemy sobie sprawę z tego, że jest już noc i trzeba wracać.

Przy wyjściu napotykamy stragan. Obiecaliśmy, że nic już nie będziemy jeść, ale widząc te długie bułeczki napełnione szaszłykiem, warzywami z grilla i przyprawami, nie możemy się oprzeć. Akurat mamy szczęście, że stoją przy nich trzy sympatyczne i nawet niebrzydkie dziewczyny, które pomagają skonfigurować taki zestaw smakowy. Bardzo im dziękujemy i rozkoszujemy się prawdziwym smakiem Afryki, kierując się w stronę hotelu.

W pokoju do północy wymieniamy się wrażeniami, napoczynając resztki z rotopaxa przeznaczone na czarną godzinę. Jeszcze raz mogę stwierdzić: planowanie = czas stracony 😄.

Moto Voyager – Grzegorz Malicki