Dzień dwudziesty pierwszy: Segou – Diema. Dystans 601 km

 

Zaraz po przebudzeniu wracają do nas echa wczorajszej wizyty we wiosce festiwalowej. Żal nam, że nasi koledzy w pędzie do monstrualnego kamienia przepuścili taką możliwość zobaczenia kultury Afryki w pełnej okazałości. Ale cóż, bywa i tak.

Zakotwiczeni w codzienności

Wstajemy z przekonaniem, że tutaj już nic lepszego nas nie spotka. I w pewnym sensie mamy rację. Śniadania w całej Afryce są marne. Ale nie ma znaczenia, co się je, jeżeli spożywa się ten posiłek na tarasie nad brzegiem Nigru. My wcinamy sobie tutaj małe co nieco, a 100 m dalej rybak wybiera ze swojej łódki wczoraj zastawione sieci. Z drugiej strony uwijają się robotnicy, wyładowując drewno z dopiero co zaparkowanej barki. Afryka w całej, spokojnej i niespiesznej, okazałości. Niestety my, Europejczycy, śpieszymy się po nową przygodę. Ciągle nam mało 😉.

Droga do Bamako jest pyszna – 200 km równiutkiej powierzchni, bez „leżących policjantów”. Jadę, o zgrozo, na tempomacie 😥. Następny punkt programu to przejazd przez miasto.

Chciałbym przy okazji zauważyć, że w Afryce pojęcie obwodnicy jest zupełnie nieznane. W związku z tym każdy, kto na swojej drodze ma którąś z tych wielomilionowych, tętniących życiem aglomeracji, musi się w nią zagłębić.

Na równo nierównej drodze

Tym razem wyjątkowo sprawia mi to ogromną przyjemność. Jestem w dobrej dyspozycji i przeciskanie się między autami i wdzierającymi się z każdej strony motorkami sprawia mi wyjątkową przyjemność. Są chwile grozy, adrenalina buzuje, ale w końcu po to się żyje 😊.

Następne 200 km to niestety powrót do rzeczywistości. Nierówny asfalt, dziury, a w końcu szuter z resztkami asfaltu. Na początku naszej eskapady jak tylko widzieliśmy taki kawałek, każdy z nas odkręcał gaz, ile fabryka dała. Teraz jest inaczej. W rozmowach między sobą nie wstydzimy się stwierdzić, że jesteśmy już mocno zmęczeni. 7 000 km po trudnych, a czasami wręcz ekstremalnie trudnych, drogach w upale i słońcu zrobiły swoje. Do zamknięcia naszej pętli mamy mniej niż 3 000 km.

Chcemy dowieźć siebie i nasze motki w całości do Dakhli, pamiętając o tym, że najwięcej nieszczęść zdarza się na ostatniej prostej przed domem. Dlatego nie kozaczymy i spokojnie lawirujemy między dziurami.

Na pycha beeee

W miejscowości Didjeni robimy krótką przerwę na małą przekąskę. Tomkowi udaje się wypatrzyć grilla z mięsem, który wygląda okropnie, czyli dokładnie tak jak lubię J. Chyba znalazłem kompana do kuchennego ryzyka 😉.

Tomek pyta sprzedawcy, czy jest to „muuu”, czy „beee”. Na szczęście przed sobą mamy to drugie, więc od razu zamawiamy dwie porcje. Nic to, że szef nakłada wszystko rękoma. Ważne, że dodaje cebulę, przyprawy i wykałaczki, a wszystko podaje na kawałkach worka po cemencie. Pyyyycha 👍👍👍.

Niestety, jeść trzeba szybko, bo białasom czas szybko ucieka. Mapa wskazuje jakąś drogę, moja nawigacja rownież, ale to totalny piach. 150 km nie damy rady. Brakuje czasu. Na szczęście Tomek ma inną mapę i dzięki niemu znajdujemy tę właściwą drogę. Od razu przypomina mi się Frank Sinatra w tłumaczeniu Wojciecha Młynarskiego i podążamy właściwą drogą 😉.

Na punkcie kontrolnym w Didjeni dowiadujemy się, że nasi – w pędzie do wielkiego kamienia – już tu byli 😉. W odróżnieniu od nich, rozbijamy obozowisko przed granicą i postanawiamy przeczekać do jutra. Z sąsiedniego namiotu Tomek krzyczy ,żebym napisał o rozgwieżdżonym niebie, więc piszę, ale się specjalnie nie przyglądałem. Niebo jak niebo. Trzymajcie się ciepło, bo my nic innego nie robimy 😉. Dobranoc!

 

Dzień dwudziesty drugi: Diema – Kifa. Dystans 396 km

 

Zawsze, gdy śpimy na dziko, szybko zbieramy się do drogi. Tak jest i dziś. Jeszcze tylko dopompowanie koła i ruszamy. Jestem zdziwiony jak ten kilkuletni malec wszystko ogarnia. Nawet kompresor 😉.

Przygraniczne przeboje

Mija chwila i jesteśmy na granicy z Mauretanią. Jest to najbardziej irytująca granica. Trzeba za każdym razem wykupić nową wizę. Co prawda jest ważna 30 dni, ale uprawnia do jednokrotnego przekroczenia szlabanów. Cwani mauretańscy Arabowie szybko się zorientowali, że praktycznie cały tranzyt z Europy do Afryki jedzie przez Gibraltar i musi, chcąc nie chcąc, przejechać przez Mauretanię. Choć nie ma tam praktycznie nic oprócz piachu, wciskającego się w każdą szparę, każą sobie za każdym razem płacić 120 €. Horror!

Na dodatek pogranicznicy nie potrafią znaleźć stempla potwierdzającego nasz wyjazd za pierwszym razem. A to tutaj już poważne wykroczenie. Wynika to z faktu, że jechaliśmy off-em przez wieś, której oni nawet nie znali.

W końcu dali się przekonać, ale i tak formalności trwają ponad dwie godziny. Wszystko to w 34-stopniowym upale i w miejscu bez skrawka cienia.

Z pustym bakiem

Około południa udaje nam się wjechać do Mauretanii. Jesteśmy przekonani, że w pobliskim dużym mieście zatankujemy. Duże miasto to wprawdzie wyłącznie duża ilość bud i lepianek, ale mnie gasi to naszych nadziei 😉.

Kiedy dojeżdżamy na pierwszą stację, dowiadujemy się jednak, że najbliższe miejsce z benzyną jest całkiem niedaleko, 215 km stąd 😉. Super 😥. W tym momencie rozklekotanym mercedesem podjeżdża jakiś arab i prosi, żebyśmy pojechali z nim. Nie mamy wyjścia, mimo że czujemy się dosyć nieswojo.

Nasz niepokój wzrasta, gdy dojeżdżamy na podwórko, na którym stoją cztery Land Cruisery. Od razu lustruje nas niezbyt sympatyczny ochroniarz. Na szczęście gospodarz jest bardzo miły. Kształcił się w Anglii, więc doskonałą angielszczyzną tłumaczy nam, że w Mauretanii wszyscy jeżdżą dieslami, więc mało gdzie bywa benzyna. Oferuje jednak, że pośle po nią kogoś do Mali, a my w tym czasie skorzystamy z jego pełnej gościny, włącznie z wiktem i opierunkiem. Dziękujemy za tę hojność i postanawiamy z naszym kierowcą szukać dalej.

Benzyna na wagę złota

Poszukiwania stwarzają jednak coraz większe problemy. Choć nasz kierowca ciągle gdzieś dzwoni, a my wciąż jeździmy w różne miejsca, udaje nam się zebrać, w wielkich bólach, zebrać jedynie 30 litrów. I już jesteśmy pewni, że jest to najdroższa benzyna, jaką kiedykolwiek kupiliśmy. Przynajmniej jednak wiemy, że wczorajsze SMS-y Ernesta, żebyśmy zabrali wachy na 500 km i jeszcze dolali na granicy z butelek były mocno przesadzone.

My, jak na prawdziwych łowców przygód przystało, wjechaliśmy do Mauretanii prawie z pustymi bakami. I co drogi Ernesto ? Twoja przepowiednia nie sprawdziła się J. W tym kraju benzyna jest, ale jak pogoda – tylko dla bogaczy 😄😄😄.

Po zatankowaniu czujemy jakby w przewodach przelewał się 100-oktanowy Shell. A licznik zasięgu zamiast maleć, ciągle rósł. Przynajmniej tak nam się zdaje 😉

W hotelowych pieleszach

Po tych wszystkich perypetiach docieramy do Kify bardzo późno, mimo że przejechaliśmy tylko 400 km. Zatrzymujemy się przed pierwszym hotelem i nie bacząc na towarzystwo karaluchów i ogólnie panujący bród, postanawiamy zostać. Mamy swoje śpiwory, a wodę do mycia zębów kupimy w sklepie naprzeciwko.

Wielu czytających wyobraża sobie, że nasze hotele przypominają choć w części te, które są europejską codziennością. Nic bardziej mylnego. Tutaj miejsca noclegowe często oznaczają tylko dach nad głową, byle jakie łóżko, brak pościeli, wodę (nie zawsze ciepłą) i na ogół klimatyzację. O jakiejkolwiek higienie nie ma nawet mowy.

Dziś jesteśmy jednak tak zmęczeni, że jest nam wszystko jedno. Wsuwam się cały do śpiwora, żeby odgrodzić się od wszystkich żyjątek, które mogłyby mieć na mnie ochotę. Nie będę im ułatwiał życia 😉. Zasypiając zdaję sobie sprawę, że właśnie zamknęliśmy naszą Wielką Afrykańską Pętlę, przejeżdżając prawie 8 000 km. To właśnie tutaj 18 dni temu skręciliśmy off-em na Mali.

Od jutra wracamy do Dakhli po swoim śladzie. Wielce usatysfakcjonowany zasypiam 👍

Moto Voyager – Grzegorz Malicki