Dzień dwudziesty trzeci: Kifa – Nawakszut. Dystans 735 km

 

Dzisiaj wyjątkowo nam się nie śpieszy. Mamy do przejechania tylko 610 km po całkiem dobrych drogach. Nie przewidujemy też żadnych niespodzianek, co zatankowani jesteśmy pod korek😊. Jednak hotel jest tak odpychający, że opuszczamy go najszybciej jak to możliwe.

Śniadanie w burzy

Zaraz za Kifą mamy przedsmak tego, co nas czeka. Wiatr wieje niewyobrażalnie. Patrząc na jadącego przede mną Tomka aż chce mi się śmiać. Widzę jak próbuje utrzymać motocykl pod kątem 45 stopni. Pewnie z punktu jadącego za mną Eryka wyglądam równie śmiesznie 😉.

Na dodatek czuję, że gdyby nie zapięcie, wiatr zerwałby mi kask z głowy. Ponieważ dookoła jest tylko piach, mamy do czynienia z prawdziwą burzą piaskową. Efekt podobny jak u nas zimą, tyle że zamiast zasp śnieżnych tutaj będą zaspy z piasku.

Ponieważ wiatr jest strasznie męczący, wykorzystujemy na postój pierwszą wioskę, trochę osłoniętą przez góry. Tomek zatrzymuje się przed sprzedawcą pieczywa. Chlebki są jeszcze ciepłe. Dokupujemy w pobliskim sklepie po jogurcie i mamy przepyszne śniadanko.

W pogoni za benzyną

Kiedy mamy pełne brzuszki, możemy ruszać w dalszą drogę. Benzyną na razie się nie przejmujemy, ale po przejechaniu 200 km zaczynamy się za nią oglądać. Niestety, w każdym miasteczku otrzymujemy tę samą odpowiedź; „no essence”. Pocieszające jest to, że wszyscy zapewniają o możliwości zatankowania w Alak.

Kiedy jednak dojeżdżamy do miasta, miny zaczynają nam rzednąć. Na żadnej stacji nie ma benzyny. Choć do końca nie tracimy nadziei, okazuje się ona płonna. Na jednej z ostatnich stacji sprzedawca dzwoni do znajomego i z radością oznajmia nam, że za 150 km z pewnością zatankujemy. Szkoda, że nie mamy szans tam dojechać. Cyrk. Przejechaliśmy już w tym kraju 550 km i oficjalnie na stacji nie znaleźliśmy nawet kropli benzyny.

Trzeba kombinować. Eryk zabiera lokalesa z dwudziestolitrowym baniakiem i ruszają w miasto w poszukiwaniu paliwa. Za półgodziny wracają jednak bez niego. Tragedia 😥. Na szczęście jakimś dziwnym trafem dowiadujemy się, że w odległości 60 km, pod granicą z Senegalem, w końcu nasze marzenia się spełnią. Nie zastanawiamy się nawet chwili, rozlewamy szóstkę rezerwy z kanistra i jedziemy. Na szczęście udaje nam się zatankować.

Do Nawakszut mamy tylko 320 km. Pokonujemy je błyskawicznie, mimo silnie wiejącego wiatru. Docieramy do hotelu, w którym byliśmy trzy tygodnie temu. Nasi tu już byli, ale zabrali tylko rzeczy i pojechali dalej, a więc zobaczymy się dopiero w Dakhli. Na szczęście Eryk znajduje tu pozostawioną buteleczkę, którą natychmiast rozpijamy. Myślimy o nabyciu następnej, ale cena 80 € za litr skutecznie nas odstrasza. Zapasy muszą więc nam wystarczyć na dwa dni, bo postanawiamy zrobić sobie małą przerwę na odpoczynek. Po 23 dniach na motocyklu chyba nam się należy 😉.

Dzień dwudziesty czwarty i dwudziesty piąty: Nawakszut – Barbas. Dystans 535 km

 

Delektujemy się słodkim lenistwem, śniadankiem i oczywiście internetem. Praktycznie nigdzie nie chce nam się ruszać. Jest ciepło i sam fakt, że nie musimy znów wszystkiego pakować na motocykle, daje nam dużo radości 😉.

Szczyty lenistwa

Tak upływa nam dzień. W końcu około 17.00 stwierdzamy, że wypadałoby coś zobaczyć. I to jest największy błąd w dniu dzisiejszym.

Nasza oberża jest wybudowana w arabskim stylu fortecy: dookoła mury, a w środku patio. Po wyjściu natychmiast dostajemy się pod silne podmuchy wiatru, które na dodatek niosą ogromne ilości piasku. Eryk uparł się jednak na pizzę, więc idziemy w tej kurzawie jakieś dwa kilometry. Kiedy pizza i frytki zostają już zamówione i dostarczone, okazuje się, że wszystko jest ohydne. Lepiej było się nie ruszać z oberży. Na ten brud i dziadostwo przez miesiąc wystarczająco się napatrzyliśmy. Na dodatek nasz gospodarz przywiózł krewetki i chciał nam je przyrządzić, a my nie mamy już na nie miejsca 😥. Frytki zapieczone w serze wypełniły każdą wolną przestrzeń w żołądku 😉. Muszę wypić litr coli, żeby dojść do siebie. Przypomniało mi się w tym momencie stare porzekadło: lepiej dobrze siedzieć niż głupio łazić 😄. Kiedy zapada zmrok nasz gospodarz udaje się na drogę prowadzącą do miasta, żeby polować na turystów. Ale nie łupi ich, tylko zaprasza do swojej oberży. Nas też tak złowił i nie narzekamy.

Przed snem mamy jeszcze niespodziewanego gościa, który skrobie nam do drzwi, a później ucieka. Udaje nam się zrobić mu zdjęcie. Jeżeli ktoś rozpoznaje tego gościa, to bardzo prosimy o informację, kto zacz 😉. Będziemy bardzo wdzięczni.

Apetyty rosną

Dzień wolnego owocuje dużą chęcią do dalszej jazdy. Mimo to jakoś nam się nie śpieszy. Żegnamy się z naszym gospodarzem i dostajemy kontakt na jego znajomego celnika na granicy, który ma na nas czekać.

Jazda do granicy to potworna nuda. Przez całą drogę walczymy z bardzo silnym wiatrem i piaskiem, który wdziera się w każdą szczelinę. Ciągle kołacze nam się w głowach myśl: „jak ci ludzie tu żyją i po co?". Eryka bardzo rozbawia mój komentarz, gdy na widok dzieci schodzących z wydmy, stwierdzam, że wracają właśnie z piaskownicy. Jedyne ciekawe wydarzenie to doskonały interes, jaki robi Tomek z żołnierzem na jednym z posterunków, wymieniając stare dziurawe buty na oryginalną wojskową chustę, o której marzył. Niestety instrukcję wiązania dostał ustnie i nic z niej nie zrozumiał 😉. Będzie musiał poszukać w internecie 😉.

Tuż przed granicą temperatura gwałtownie spada z 30 do 20stopni. Znajomy celnik po stronie mauretańskiej załatwia wszystkie formalności w kilkanaście minut. Rekord świata. Niestety po stronie marokańskiej zajmuje nam to 2,5 godziny. Totalna masakra. Biegamy od budki do budki po jakieś pieczątki, ciągle dezorientowani przez tutejszych funkcjonariuszy wszystkich służb.

Afrykańskie mrozy

Kiedy w końcu ruszamy, jest już 18. Planujemy się gdzieś rozbić, ale nie ma na to szans. Wokół tylko pustynia, piach i wiatr, który niemal urywa nam głowy. Na dodatek ja – w buzerze i bluzie off-roadowej –marznę w sposób wręcz makabryczny. Już mam się zatrzymać i ubrać, gdy Tomek stwierdza, że za 30 km jest jakieś miasteczko. Wydaje mi się, że tyle jeszcze wytrzymam.

Po dziesięciu minutach stwierdzam, że chyba jednak przeceniłem swoje możliwości, ale nie daję za wygraną. Dojeżdżam w stanie przedagonalnym, ale trzymam się na nogach. Biorę klucz do pokoju i od razu wchodzę pod gorący prysznic. Jest dobrze.

Po kąpieli robimy sobie kolację, czyli kabanosy i liofilizat. W trakcie kolacji otrzymujemy SMS od Maćka, że jest już w Dakhli. Wynika z tego, że po stronie mauretańskiej pozostał tylko Erni z Darkiem. Nie pamiętam dokładnie, jak się określa takie osoby. Maruderzy? Tylna straż? Mniejsza z tym 😊.

Po raz pierwszy od miesiąca kładę się do łóżka bez najmniejszego odruchu obrzydzenia. Jutro finisz na ostatniej prostej.

Moto Voyager – Grzegorz Malicki