Dzień ostatni: Barbas – Dakhla. Dystans 287 km

Nocleg w przydrożnym motelu bardzo nam się przydał, bo dzisiejszy dzień to kolejna walka z porywami wiatru i zimnem. Ja, na szczęście, założyłem dzisiaj kurtkę i membranę, więc jest super.

Sesja nad oceanem

Gdzieś w połowie drogi docieramy do brzegu oceanu i robimy krótką przerwę na zdjęcia. Trafiamy akurat do ślicznej zatoczki, w której Eryk kopie się w piachu, ale raczej tak dla przyjemności 😉. Od tej pory już przez cały czas po lewej stronie mamy ocean, a za jakiś czas również półwysep, na którym znajduje się Dakhla – cel naszej podróży. Widoczność jest dobra, a widoki zapierają dech w piersiach.

Dakhla to centrum kitesurfingu. Jadąc w jej kierunku przejeżdżamy obok niesamowicie pięknej plaży, skąd startują kitesurferzy. Aż dziw, że jadąc w tamtą stronę w ogóle nie zauważyłem tak pięknego miejsca. Widocznie w głowie miałem tylko czekającą na mnie afrykańską przygodę.

W końcu docieramy na parking, z którego wystartowaliśmy. Na liczniku 9191 przejechanych kilometrów. Nie znam się na numerologii, ale to chyba musi coś znaczyć 😉. Przerzucamy do busa Ernesta zbędne rzeczy i ruszamy w miasto szukać hotelu.

Ostatnie afrykańskie noce

Znajdujemy go tuż przy promenadzie. Widok z okna na ocean jest bajeczny, a cena to tylko za 45 € za dzień na trzech ze śniadaniem.

Wyraźnie odczuwamy, że to koniec naszej Wielkiej Afrykańskiej Przygody. Miesiąc minął szczęśliwie, bo wracamy cali i zdrowi. To najważniejsze. Z pewnością było też warto. Afryka dostarczyła nam przeżyć jedynych w swoim rodzaju, chociaż nie zawsze pozytywnych. Teraz oddajemy się totalnemu relaksowi.

Poszwendamy się jeszcze po miasteczku dwa dni do odlotu. Przed nami więc wyczekiwane leniwe chwile. Jutro dotrą Erni z Darkiem to będzie raźniej. Będziemy mogli im służyć za przewodników 😉. Pewnie znajdzie się też chwilka na moment zadumy.

To już koniec mojej relacji. Dziękuję wszystkim, którzy dali się zabrać w tę naprawdę długą i nie zawsze bezpieczną podróż. Świadomość, że chociaż jedna osoba się nią interesuje, jest bardzo budująca. Fakt, że tych osób jest więcej, sprawiał mi ogromną radość.

Moto Voyager – Grzegorz Malicki