Siedzę sobie przed namiotem. Księżyc świeci cudownie. Wszyscy już śpią, chociaż nie minęła jeszcze dziewiąta i właśnie podchodzi pięciu gości z pobliskiej wioski. Co prawda idą sobie dalej, ale chyba lepiej będzie wszystko schować do namiotu. A taki był piękny poranek.

Widok na afrykańskie klimaty

Widok z pewnością nas nie rozczarował. Dlatego długo zajęło nam zwijanie obozowiska. Nie wspominałem jeszcze o temperaturze, ale jest już cieplutko. Czasami dochodzi aż do 36 stopni i pewnie będzie jeszcze cieplej. Ot taka typowo zimowa afrykańska temperatura 😉.

 

Zwijamy się w końcu i ruszamy, ale po kilku kilometrach Maciek łapie gumę i mamy krótki postój. Niestety wymiana dętki nie załatwia sprawy i musimy w najbliższej wsi odwiedzić wulkanizację, chociaż te przydrożne kramiki nie zasługują na taką dumną nazwę.

Dystans: 240 km?

Ponieważ i tak mamy postój, ja również postanawiam wymienić swoją oponę na nową, bo niedługo kończy się asfalt. Eryk zdejmuje koło, a ja z bólem patrzę, jak traktują moją alufelgę młotkiem. Ale muszę to przeżyć.

 

Po wykonanej robocie ruszamy. Jest trzynasta, a my przejechaliśmy raptem 20 km. Dalej jeszcze asfaltem do Kiffy, ostatnie tankowanie w Mauretanii i off-road aż do Mali. Zaraz na początku off-u urywają mi się zaczepy od nowo zakupionej płyty bagażowej. Po raz pierwszy jestem tak niemile zaskoczony. Po powrocie będę musiał się oczywiście zgłosić reklamację.

W centrum uwagi

Wszędzie wzbudzamy ogromne zainteresowanie. Wystarczy, że zatrzymamy się na chwilę i już otaczają nas tłumy lokalnych ludzi, których nazywamy między sobą lokalesami. Jedni oferują coś do jedzenia, inni podchodzą tak po prostu z ciekawości.

 

Wszędzie tracimy dużo, za dużo czasu. Samo wbicie pieczątek wyjazdowych zajmuje nam godzinę. Dlatego wcześniej niż zamierzaliśmy jeszcze po mauretańskiej stronie rozbijamy namioty i idziemy spać.

Trudne pożegnania?

Mauretanię żegnamy bez żalu. Trzeba ją przejechać i tyle. Zapewnia nam jedynie piach, piach i jeszcze raz piach. Dzisiaj pojawiło się wprawdzie trochę roślinności, ale był to wyłącznie jakiś meszek zamiast trawy i krzewy zamiast drzew. Ludzie też niby przyjaźni, ale lepiej trzymać się na baczności. Erykowi dzieciaki w dowód wdzięczności za kupione batony przecięły tankbaga. Na szczęście nie zdążyły zwiedzić telefonów.

A może jutro będzie lepiej. Co w planach? Mali 😊.

Moto Voyager – Grzegorz Malicki