Dziś wreszcie porządnie się wyspałem. Pełne osiem godzin – coś pięknego. Wyjazd zaplanowaliśmy o 10.00, więc jest spokojnie i można znaleźć czas na wszystko. Jak zawsze pakowanie poszło nam supersprawnie. Również jak zawsze czekały na nas motocykle ustawione pod linijkę :). Przyszła więc pora ruszać.

Mongar – Trashigang, dystans 92 km

Po wczorajszym dniu byliśmy nastawieni na dobę bez wrażeń, ale rzeczywistość okazała się wprost przeciwna. Droga z Mongaru do Trashigang nie jest ani mniej piękna, ani mniej niebezpieczna. Jednak nie ma powodu, dla którego miałoby być inaczej. W Bhutanie żeby dojechać z punktu A do punktu B zawsze trzeba zjechać na dół, a następnie wspiąć się w górę. Innej opcji nie ma. A każda droga u szczytu gór wiedzie wzdłuż przepaści i urwisk. I prawdopodobnie jeszcze długo tak będzie.

 

Oczywiście w dzisiejszym świecie wielkich ponadnarodowych korporacji i banków bez problemu znalazłyby się pieniądze na budowę infrastruktury drogowej. Jednak Bhutan, świadomy zagrożeń, jakie niesie za sobą globalizacja, próbuje się przed nią bronić pewną formą izolacjonizmu. Oby im się udało. Chociaż z drugiej strony dla nas – motocyklistów – to istny raj i mógłby pozostać nim jak najdłużej.

Oczywiście, nie muszę dodawać, że widoki były nieprawdopodobne. O zapachu tropiku nie wspomnę. Wszędzie spotykamy również wspaniałych ludzi. W Bhutanie to norma.

Dobre złego początki

Zjeżdżając w dół docieramy na dno doliny, wzdłuż której płynie piękna rzeka. Sambor znajduje dojazd kawałkiem off-u i za chwilę chłodzimy zmęczone ciała w jej nurcie. Dojeżdżają do nas również Dorji i Gogo z lunchem. Jest niesamowicie, bajecznie oraz bardzo wesoło.

 

Po lunchu znów zaczynamy na zmianę wspinać się i zjeżdżać aż do samego Trashigangu. Tuż przed miastem trafiamy na osuwisko skalne i czekamy aż koparka je uprzątnie. To jednak nie koniec niespodziewanych przygód. Po pokonaniu przeszkody, jeden z nas łapie gumę. Ponieważ jego KTM ma z przodu dwie tarcze, a na aucie serwisowym są tylko zapasy z jedną tarczą, nasz mechanik Gogo wpada na genialny pomysł. Proponuje, by dojechać na tym „flaku” kilka kilometrów do wulkanizatora.

 

Pomysł sam w sobie może nie najgorszy, tylko Gogo – jak to ma w zwyczaju – odkręcił manetkę i… natychmiast się przewrócił. Nie zraził się tym jednak i jeszcze raz odpalił maszynę. W ten sposób, oczywiście na pełnym gazie, dojechał do serwisu. Niezły kozak – może niezbyt rozsądny, ale odważny :). My, Polacy, lubimy takich :).

Świątynny koniec

Po tym incydencie podążyliśmy do jedynej świątyni w dniu dzisiejszym. Ze względu na bliskość Tybetu, w jego ornamentyce dały się zauważyć nuty tybetańskie. Poza tym jest bardzo czysto, schludnie i kolorowo.

 

Ze świątyni jedziemy prosto do hotelu. Podjazd to prawdziwy off-road. Mnie samemu dwa razy gaśnie silnik. Nie dziwi mnie to jednak – mam z nim problemy cały dzień. Melduję o tym Gogo. Ten odpala maszynę, jedzie na kole przed hotelem i przewraca się po raz drugi. Na dzisiaj mu chyba wystarczy :).

Hotel jest super – nowo wybudowany i pięknie położony. Jednak mnie nie przestaje nurtować myśl, że za bardzo odbiega od klimatu tego miejsca. Obym się mylił. Chciałbym, żeby zostało na tym świecie jak najwięcej takich miejsc.

Moto Voyager – Grzegorz Malicki