Na herbatce w Hronovie

Jest piękne sobotnie południe. Tak piękne jak tylko potrafi być we wrześniu. Wczoraj byłem w herbaciarni w Hronovie (Czechy) na spotkaniu z Martinem. Poznaliśmy się w ubiegłym roku w stolicy Mali – Bamako. My byliśmy we trzech na dużych wypasionych motocyklach – on sam na starej czeskiej Čz-tce. Gigant.

Śledziłem dalej jego losy. Pokonał sam na tym wehikule ponad 27 tys km. To było rok temu. W tym roku Martin powtórzył swój wyczyn. Dopiął pętlę po Afryce i po przejechaniu prawie 50 000 km postanowił zamknąć ją właśnie w Hronovie – małym ślicznym miasteczku w Sudetach, z którego pochodzi i w którym zaczynał swoją wielką afrykańską przygodę. W Herbaciarni wśród przyjaciół. Wspomnienia były chaotyczne, jeszcze niepoukładane. Martin przeskakiwał z tematu na temat. Ten chaos, ta rwąca się opowieść – to są najpiękniejsze momenty.

Ułamki sekund

Nie żałuję, że wybrałem się na to spotkanie. Przy okazji mogę wykorzystać ostatnie podrygi naszego krótkiego i kapryśnego lata. Za mną już piękny, szczególnie o tej porze, Dolny Śląsk. Jeszcze tylko zjazd na autostradę i niedługo będę w domu. Spoglądam na mijaną stację benzynową i nagle w ostatniej chwili dostrzegam tył samochodu. Próba hamowania, uderzenie. Przelatuję nad kierownicą odbijam się od samochodu i spadam na jezdnię patrząc z przerażeniem na sunące na mnie 300 kg rozpędzonego żelastwa, które zatrzymuje się centymetry przede mną.

 

To wszystko były ułamki sekund. Teraz tempo zwalnia. Dostrzegam ludzi wokół siebie. Mężczyzna, który właśnie podbiegł z pobliskiej stacji, fachowo podnosi motocykl. Od razu można rozpoznać w nim motocyklistę. Jak na to, co się wydarzyło, czuję się w porządku. Próbuję się podnieść, ale powstrzymuje mnie ból w lewej pachwinie. Pewnie ponadrywałem sobie jakieś przywodziciele. Lepiej poczekam na pogotowie. Niech wszystko sprawdzą.

Nowy dom

Oczywiście pierwsza jak zwykle pojawia się laweta. W chwilę później policja. W oczekiwaniu na pogotowie załatwiamy wszystkie formalności. Ja oczywiście z pozycji prawie horyzontalnej. W końcu przyjeżdża pogotowie. Wstępne oględziny nie wykazują nic groźnego. Zdarzenie zostaje zakwalifikowane jako kolizja, a karetka na sygnale zabiera mnie do pobliskiej historycznej Świdnicy.

Nie planuję spędzić tutaj zbyt wiele czasu. Upewnię się tylko, że nic mi nie jest i pomyślę o przetransportowaniu motocykla do serwisu w Bielsku. Oględziny nie wykazują żadnych złamań, jednak uwagę dyżurnego lekarza przykuwa mój problem z lewą nogą. Zleca badanie RTG i bingo. Okazuje się, że mam złamaną kość łonową. Mam szczęście, bo to złamanie, która zdarza się przeoczyć. No i jedno mam jak w banku. "Latawiec", bo tak świdniczanie nazywają swój szpital, będzie na jakiś czas moim domem.

Na łasce innych

To dla mnie zupełnie nowe doświadczenie. Nagle nic już nie zależy ode mnie. Ja, człowiek szukający nowego celu każdego dnia, jestem zdany na krzątający się wokół mnie personel szpitala. Choć wszyscy są bardzo mili i kompetentni: poczynając od ratowników po wszystkich, przez których ręce „przechodzę”, to bardzo dziwne uczucie.

 

Otrzymuję swój przydział w pokoju 15 i na jakiś czas muszę się z tym pogodzić. Nie wiem jeszcze tylko na jak długo. Przede mną wielka niewiadoma. Jak poradzi sobie z tym mój umysł przyzwyczajony do stawiania sobie nowych wyzwań? Przecież w weekend miałem być gościem na evencie Touratecha, bardzo ważnym dla mnie wydarzeniu, a za tydzień miałem już być w Toskanii, Rzymie i na Korsyce. Cały plan trasy mam już w głowie. I co? Cała praca na marne? Niemożliwe, ale prawdziwe.

W walce o zdrowie

Teraz najważniejsza jest jednak walka o jak najszybszy powrót do zdrowia. Jeżeli mam złamaną kość łonową, nie zdziwią mnie informacje o obrażeniach wewnętrznych. Krwiak o średnicy 10 cm przez najbliższe miesiące da mi się we znaki. Płyn wokół śledziony zniknie prawdopodobnie szybciej.

Każdy dzień zaczyna się od obchodu. Widać, że oddział jest trzymany przez ordynatora żelazną ręką. Cały personel uwija się jak w ukropie. Jest bardzo czysto, wszędzie porządeczek. Każdy najmniejszy śmieć jest natychmiast usuwany. Dziwi mnie tylko aż tak częste pobieranie krwi. Okazuje się jednak, że troszkę jej straciłem i jestem na granicy transfuzji. Na szczęście hemoglobina zatrzymuje się na poziomie 8,1 mln, czyli granicznym. Stan mojego zdrowia się stabilizuje się i wygląda na to, że obędzie się bez żadnego zabiegu. Jak na taki wypadek, to cud. Jedyna niedogodność to fakt, że chodzić zacznę najwcześniej za miesiąc, a motocykl będzie musiał na mnie poczekać co najmniej dwa miesiące. Mam więc sporo czasu na przemyślenia. Częścią z nich chcę się teraz z Wami podzielić.

 

Obrócić w pozytyw

Po pierwsze: koncentracja i uwaga podczas jazdy to zawsze podstawa w jeździe na motocyklu, co często powtarzam wszystkim mniej doświadczonym. Przez całą godzinę jazdy, poprzedzającą wypadek, jechałem dosyć szybko i byłem bardzo skoncentrowany. W momencie, kiedy zwolniłem, ponieważ byłem kilkaset metrów od zjazdu na autostradę, minimalnie się zdekoncentrowałem. I nie jest dla mnie wytłumaczeniem, że ktoś wymusił pierwszeństwo, wyjeżdżając ze stacji benzynowej. Przy normalnym poziomie koncentracji z pewnością poradziłbym sobie z tym zagrożeniem.

Po drugie: zauważcie, że obrażenia, które odniosłem, były następstwem uderzenia podbrzuszem w bak. Zderzenie z samochodem i upadek na ziemię nie spowodowały żadnych uszkodzeń, chociaż impet uderzenia nie był mały. Jednak dobry kask i fantastyczne ciuchy uratowały mnie przed dalszymi obrażeniami. Lekarze nie mogli uwierzyć, że na sali leży motocyklista po wypadku bez żadnych, nawet najmniejszych, otarć czy siniaków. Stąd apel do wszystkich motocyklistów. Nie oszczędzajcie na własnym bezpieczeństwie!

Moto Voyager – Grzegorz Malicki