Odkąd przestałem pisać „do szuflady” i zacząłem publikować swoje teksty, spora część moich znajomych nabrała większej ochoty na to, by pogadać ze mną „o życiu. Są to osoby mniej więcej w moim wieku, czyli 40+, a to oznacza, że – tak w przybliżeniu – dwie z czterech wiosen życia są już za nami. To najlepszy czas na jakieś „bilanse oraz „plany na przyszłość.

Czas zaczyna wywierać pewną presję... A jako że o tym właśnie w dużej mierze piszę – nie dziwi mnie, że chcą o tym ze mną rozmawiać również znajomi. Są to różne dyskusje: dłuższe lub krótsze, o moich książkach bądź nie. Z niektórymi spotykam się regularnie, ale są i tacy, którzy odnaleźli mnie po latach. Jednak, niezależnie od charakterystyki uczestników, wszystkie rozmowy mają często podobny przebieg. I wszystko zawsze sprowadza się do jednego pytania: „jak ty to robisz?”.

Finał rozmowy o życiu

W tych wszystkich dysputach dowiaduję się, że wiele osób chciałoby tak ja robić to, co daje im inspirację i nakręca do działania. Jednak większość uważa, że to nie takie proste. I nawet jeśli też by tak mogło, nie wie, co takiego miałoby robić. Prawie każdy tłumaczy się brakiem pomysłu, czasu, obawami i tym, że to nie dla niego. I tu następuje litania tego, kim kto nie jest.

Mógłbym napisać, że to wymówki, ale to by było zbytnie uproszczenie. Nie napiszę zatem, zwłaszcza, że sam kiedyś myślałem podobnie. Było tak aż przeczytałem słowa Boba Proctora. Wtedy wszystko się „ułożyło”, a kropki się połączyły.

Bądź sobą

To, co myślimy o sobie (kim jesteśmy), to nasza strefa komfortu. Tacy nauczyliśmy się być, wykorzystując nasze predyspozycje – każdy inne. Nie jesteśmy tymi, kim myślimy, że jesteśmy. Tak naprawdę jesteśmy dużo, dużo „więksi”, potężniejsi, z większym potencjałem.

Wszystko to, co myślimy w kontekście tego, kim nie jesteśmy, leży poza naszą strefą komfortu. Pomiędzy leży granica, która ma źródło w naszym umyśle. Taka, którą sami sobie postawiliśmy. Czasami nazywam ją za B. Proctorem „barierą terroru”. Ale jest to granica, którą możemy przesunąć. Wystarczy nauczyć się siebie „na nowo”, stać się kimś innym,„większym”.

Może to zrobić każdy. Problem polega na tym, że bardzo często sama myśl o tym budzi w nas lęk (to właśnie „bariera terroru”). Stąd bierze się irytacja, gdy ktoś przekonuje, że jednak można te granice przekraczać i ustanawiać nowe. Co więcej, nie jest to takie trudne. Trzeba jedynie (i aż) wyznaczyć swój kierunek i zacząć w nim podążać, a to nie ma wiele wspólnego z twardym stąpaniem po ziemi.

Czas na marzenia

Przepis jest niby prosty, ale wcale nie takie łatwy. Wiem to i rozumiem. Co nie zmienia faktu, że istnieje tylko jeden sposób: wyznaczyć krok, a później zrobić pierwszy krok. Inaczej będziemy kręcić się w kółko, a czas będzie mijał.

Wiem, że wiele osób w to nie wierzy, bo powątpiewa w siebie, dlatego nie namawiam do skoków na główkę. Wystarczy powolny marsz, a nawet pełzanie. Byle we własnym kierunku i konsekwentnie do przodu. Wtedy zmienia się rzeczywistość wokół nas i nasza perspektywa. To sprawia, że bardzo często, nabieramy przy tym wiary w siebie i zastanawiamy się: jak w ogóle mogliśmy myśleć, że nie jesteśmy tym, kim się przy tym staliśmy?

A przecież, parafrazując, na tyle się znamy, na ile się sprawdziliśmy. I naprawdę możemy się przy tym dowiedzieć o sobie ciekawych rzeczy. Warto? Zatem komu w drogę... :)!

YOLO!








  Tomek Kania