„Ciemno, prawie no” to film ciężki i – zwłaszcza jak na polskie warunki – bardzo specyficzny. Oparty na nagrodzonej Nike powieści Joanny Bator mroczny, niemal psychodeliczny thriller (z nutą kryminału) pod pewnymi względami może zachwycać, może też jednak (co chyba bardziej prawdopodobne) rozczarowywać.

infoplanet recenzje filmowe ciemno prawie noc plakat

Opowieść ta rozpoczyna się dość standardowo. Do rodzinnej miejscowości (w tym wypadku stereotypowo zaniedbanego Wałbrzycha) powraca Alicja Tabor – dziennikarka, której zadaniem jest zrealizowanie reportażu. Oczywiście, będzie musiała zmierzyć się z rodzinną historią i traumą z dzieciństwa, ale w przypadku „Ciemno, prawie noc” jest to zaledwie kropla w morzu wątków.  Mamy tu i tematy zupełnie współczesne, jak tajemnicze zaginięcia dzieci, i sięgającą czasów II wojny światowej zagadkę pereł księżnej Daisy, i pierwiastki magiczne, jak wszechobecne kotojady, rozsiewające wokół siebie zło. Obrazu tego dopełniają żyjące na uboczu opiekunki kotów, zdające się pełnić rolę współczesnych szeptuch. Pomysłów jest tu tyle, że można byłoby wykroić z nich kilka (prawdopodobnie lepszych) filmów, a ich fabularny splot broni się jedynie momentami.

Mimo że na plakacie, promującym film Borysa Lankosza, występuje duet Magdalena Cielecka i Marcin Dorociński, rola tego drugiego zdaje się ograniczać  edynie do funkcji sztafażu. Cielecka radzi sobie natomiast fantastycznie i, choć sam film nie jest wybitny, wychodzi z niego obroną ręką. W pamięć zapadają również znakomici odtwórcy postaci drugo- i trzecioplanowych – na czele z Piotrem Fronczewskim, Jerzym Trelą, Romą Gąsiorowską, Dorotą Kolak i Dawidem Ogrodnikiem (którego Mareczek zresztą domagałby się większego wyeksponowania). Choć i ta gwiazdorska obsada nie zostaje w pełni wykorzystana, to jednak zestawieniu z wymienionymi rolami bohater Dorocińskiego po prostu blednie, a jego pojawianie się na ekranie w dodatku nie jest wystarczająco fabularnie umocowane.

„Ciemno, prawie noc” to prawdziwe studium zła – niemal substancjalnego, przekraczającego granicę czasu i niszczącego ludzkie życie. W jego przedstawieniu Borys Lankosz zdaje się posuwać o krok dalej, niż czyniła to Joanna Bator, stwarzając wizję mroczną, sugestywną, niemal „lepiącą się” od nagromadzonej ciemności. Dzieje się tak głównie za sprawą świetnych zdjęć i muzyki – w dużej mierze budujących ten specyficzny nastrój. Wygląda na to, że reżyser trafniej zrealizował zamysł pisarki, niż udało się to jej samej. „Ciemno, prawie noc” to nie tyle oniryczny, mroczny kryminał okraszony zagadkami z przeszłości, ale film, który ma epatować złem – i tylko widzowie, którzy lubią taką estetykę, powinni rozważać wizytę w kinie.

Film jest kolejnym, po „Pokocie” Agnieszki Holland, powstałym w ostatnim czasie kinowym obrazem Dolnego Śląska. Początkowe sceny filmu Borysa Lankosza prowadzone są zresztą w podobnej – onirycznej, ale i spowitej grozą – atmosferze, co produkcja stworzona na podstawie książki Olgi Tokarczuk. Nic zresztą dziwnego – urodzona w Wałbrzychu Bator zdradza tu podobne literackie fascynacje, co autorka „Prowadź swój pług przez kości umarłych”. Joannie Bator – mimo nagród, jakimi doceniono „Ciemno, prawie noc”wyraźnie jednak brak takiej sprawności w budowaniu złożonych fabuł i wirtuozerii słownej, jaką może poszczycić się Tokarczuk.

Słabości tego filmu to przede wszystkim słabości książki, na podstawie której powstał. Połączenie baśniowej wizji z koszmarów sennych ze współczesnym kryminałem odbiera wiarygodność obydwu tym poziomom, stając się raczej małym potworkiem niż prawdziwym thrillerem. Sam tekst Bator został zresztą mocno okrojony – usunięto z niego choćby (niebroniące się w powieści w żaden sposób) wątki dotyczące internetowego hejtu. Te scenariuszowe interwencje wydają się uzasadnione i dynamizują akcję thrillera, a do samego tempa narracji trudno zgłaszać zastrzeżenia. Równocześnie jednak, stają się przyczyną występowania luk, niedomówień oraz wyraźnych anachronizmów.

Fani literackiego „Ciemno, prawie noc” nie powinni być zawiedzeni – kilka wątków zostało okrojonych, jednak charakter filmu oddaje atmosferę powieści w dwójnasób. I tu – na specyficznej, ale i bardzo sugestywnej atmosferze – zalety tego obrazu zdają się kończyć.

Ocena: infoplanet recenzje filmowe ocena 5,5/10








Barbara Englender  

 

 

 

kup artykuly platne