Najnowszy film Clinta Eastwooda jest jak hodowane przez głównego bohatera lilie: delikatny, wręcz kruchy, ale równocześnie piękny.

infoplanet recenzje filmowe przemytnik plakat

Dobiegający już 90-tki Clint Eastwood – który w „Przemytniku” jest zarówno reżyserem, jak i odtwórcą głównej roli – serwuje widzom połączenie filmu gangsterskiego o działalności karteli narkotykowych, kina drogi oraz ciepłej opowieści o starości, rodzinie i potrzebie przebaczenia. Sam pomysł na tę historię (opartą zresztą na faktach) jest dość prosty: stojący na krawędzi bankructwa hodowca kwiatów decyduje się podjąć nietypowego zlecenia. Swoim starym pick-upem ma przejechać z niewielkiego warsztatu do oddalonego wiele mil podmiejskiego hotelu. Jak nietrudno się domyśleć, sednem całego przedsięwzięcia jest nielegalny towar, jaki przychodzi mu transportować.

Właściwie wszystkie elementy proponowanej tu układanki pojawiały się już w ostatnim czasie na wielkim ekranie: wątek przemytnika w filmie „Barry Seal: Król przemytu”, poetycki obraz drogi w oscarowym „Green Booku”, a rozterki związane z mijającym czasem w komedii „W starym dobrym stylu” z Morganem Freemanem. Ten miks wypada jednak Eastwoodowi nad wyraz zgrabnie. Jest może w tej fabule trochę naiwności czy niepotrzebnych uproszczeń, jednak całość świetnie się broni. To film, który zarówno wzrusza, jak i potrafi rozbawić – za pomocą elementów drobnych, ale jakże znaczących. Sposób prowadzenia warstwy komediowej jest bardzo zbliżony do tego, jaki proponuje Peter Farrelly w przywoływanym już oscarowym hicie z Viggo Mortensenem i Mahershalą Alim.

Earl jako bohater w rewelacyjny sposób pozwala ukazać zmiany, jakim podlega współczesny świat. Eastwood nie zatrzymuje się tu na banałach, dotyczących rozwoju techniki, lecz sięga głębiej – do przemian, następujących w obrębie ludzkich relacji. Równocześnie jednak – poprzez zawiłą historię głównego bohatera – nie tworzy sztucznego międzypokoleniowego podziału i nie staje jednoznacznie po żadnej ze stron.

Głównym filarem filmu jest – w naturalny sposób – postać odgrywana przez samego Eastwooda. Choć aktor jeszcze przed „Gran Torino” zapowiadał, że nie będzie już więcej pojawiał się po tej stronie kamery, również w „Przemytniku” bierze na swoje barki praktycznie cały ciężar produkcji. Jak można się było spodziewać, Eastwood potwierdza tu tylko swoją klasę. 90-letni Earl w jego interpretacji to zrazem prawdziwy „twardziel”, jak i nieco zagubiony staruszek, coraz słabiej rozumiejący otaczającą go rzeczywistości. Skruszony mąż i ojciec, który zapracował na rodzinny ostracyzm, i urzekający, zawsze pomocny weteran wojenny. W postaci tej zawiera się mnóstwo niuansów, które trudno byłoby pokazać, gdyby nie specyficzna, powściągliwa gra Eastwooda, mistrzowsko ukazująca wszystkie detale, zawierające się w tej historii.

Choć „Przemytnik” to film skupiony na jednej postaci, od strony aktorskiej sporo się dzieje również na drugim planie. Świetnie wypada Dianne Wiest jako była żona Earla, Alison Eastwood jako córka Iris, czy 24-letnia Taissa Farmiga w roli jego wnuczki. W tych rolach są prawdziwe emocje – silne, różnorodne, ale i bardzo wiarygodne. Na tym tle nieco uproszczony wydaje się światek kartelu. Niemniej i tu mamy do czynienia z prawdziwie gwiazdorską obsadą – by wspomnieć choćby Andy'ego Garcię jako szefa mafii czy Bradleya Coopera stojącego po przeciwnej stronie barykady.

Tak jak urzekający jest tytułowy przemytnik, tak i sam sposób snucia tej opowieści ma w sobie wiele uroku. Decyduje o tym przede wszystkim świetne tempo – niby niespieszne, ale równocześnie trzymające w napięciu. Fantastyczna jest również muzyka. Tu każdy dźwięk jest na swoim miejscu, nie tylko uzupełniając obraz, ale momentami stając się istotnym elementem, dopełniającym fabułę. Dobre wrażenie robią także zdjęcia. Całość opowiedziana jest z dystansem, ironią, ale i ogromną reżyserską dyscypliną.

„Przemytnik” to film, który trzyma w napięciu, wzrusza i bawi. A przede wszystkim potrafi zachwycić. Ten wrażenie rodzi się po części za sprawą prostej (ale jakże sprawnie opowiedzianej) historii, po części zaś na mocy charyzmy samego Clinta Eastwooda, który potwierdza tu po raz kolejny swoje mistrzostwo – zarówno aktorskie, jak i reżyserskie.

Ocena: infoplanet recenzje filmowe ocena 9/10








Barbara Englender  

 

 

 

kup artykuly platne