Otto Bathurst postanowił na nowo – z ogromnym rozmachem i w nieco superbohaterskim stylu – opowiedzieć historię o Robin Hoodzie. Niestety, nowa wersja opowieści z Sherwood przynosi spore rozczarowanie.

infoplanet recenzje robin hood poczatek plakat

Zgodnie z polskim tytułem filmu widowisko przedstawia drogę, jaką przebyć musiał Robin Hood, by z angielskiego lorda stać się buntownikiem i banitą, a także bohaterem najbardziej znanych brytyjskich ballad i legend. Jest tu zatem miejsce i na dramatyczne doświadczenie uczestnictwa w krucjacie, i na zawiedzioną miłość, i – wreszcie – na ukazanie koszmarnego położenia średniowiecznego plebsu. Główna oś fabularna w ogólnym rozrachunku zdaje się bronić całkiem nieźle (na brak akcji naprawdę trudno tu narzekać). Znacznie gorzej jest jednak z jej realizacją, która sprawia, że „Robin Hood” momentami staje się niezamierzoną autoparodią.

„To nie jest film historyczny” – tak twórcy mieli odpierać zarzuty brytyjskiej prasy. Produkcji tego typu, w klasycznym rozumieniu, nikt jednak tak naprawdę nie oczekiwał, a autorski pomysł nie może być wytłumaczeniem koszmarnych anachronizmów, które czynią to widowisko trudne do oglądania. Nie trzeba być mediewistą, by zauważyć fatalne kostiumy (część z nich zbliżona jest krojem do współczesnych garniturów) czy ewidentne błędy w osadzeniu filmu w realiach epoki. Być może miało to służyć podkreśleniu uniwersalnego wymiaru tej historii, jednak w praktyce sprawia wrażenie po prostu kinowego niedbalstwa.

Na domiar złego scenariusz, choć ciekawy w zarysie, pełen jest dziur logicznych. Najlepszym tego przykładem jest wątek dotyczący mentalnego guru głównego bohatera, który – niczym w filmach o adeptach wschodnich sztuk walki – stopniowo wprowadza młodego Robina w swój wielki ekonomiczno-polityczny plan. Choć jego postać umocowana jest we wcześniejszych wersjach opowieści o Robin Hoodzie, historia ta wypada kompletnie niewiarygodnie. Słabo prezentuje się również przesłodzony wątek miłosny.

Robin Hood: Początek” to film, który legendę złodzieja, kradnącego biednym i rozdającego bogatym, dosłownie rozjeżdża walcem (lub, jak kto woli, wozem konnym). Miast dobrze skrojonej historii rodem z Sherwood, otrzymujemy wielkie (niestety, tylko w sensie nakładów finansowych) widowisko, którego poszczególne elementy kompletnie do siebie nie pasują. Sentymentalne dialogi przecinają się z patetycznymi przemówieniami. Panoramiczne ujęcia z drona – ze scenami w zwolnionym tempie. Natężenie efekciarstwa, mającego uczynić z tej historii obraz prawdziwie „epicki”, sprawia, że film ten wydaje się balansować między przerysowanym kabaretowym skeczem a klipem promującym grę komputerową. Tego wszystkiego jest, po prostu, zbyt wiele.

Swoiste „slow motion” cechuje niestety również grę aktorską. Każde spojrzenie przeciągnięte zostaje w nieskończoność, każda mina – pogłębiona do granic wytrzymałości. Trudno nie odnieść wrażenia, że jest to raczej kompletnie nietrafiony pomysł reżyserski niż seria wpadek aktorskich. Taron Egerton w roli tytułowej, Jamie Foxx jako Mały John i Eve Hewson wcielająca się w postać Marion po raz kolejny udowadniają, że grymasy rodem z telenowel nie wypadają dobrze na dużym ekranie. Broni się właściwie tylko Tim Minchin jako Braciszek Tuck.

Zabijająca ten film dosłowność dotyczy nie tylko gry aktorskiej, ale i przesłania. Pokazanie analogii między czasem średniowiecznych krucjat a dzisiejszą sytuacją geopolityczną wydaje się całkiem ciekawym pomysłem. Cenne jest również z pewnością antywojenne przesłanie. Nie trzeba jednak przypominać o tym w co drugiej scenie. W jednym z najważniejszych ujęć Marion prosi swego ekranowego partnera, by nie traktował jej jak dziecko. Trudno nie mieć ochoty podpisać się pod tą prośbą. Zwłaszcza że również dialogi momentami zostały napisane tak, by poszczególne postaci były jak najbardziej „cool”, nie bacząc na całkowicie sztuczny efekt tych zabiegów.

Bogactwo może deprawować – to chyba najważniejszy morał klasycznej historii o Robin Hoodzie. Producenci filmu jednak najwyraźniej tego przesłania nie zrozumieli, postawili bowiem na pusty, kinowy przepych. Legendę-samograj utopili w nadmiarze efektów, na siłę próbując uczynić ją „epicką”.

Ocena: infoplanet recenzje filmowe ocena 4/10








Barbara Englender  

 

 

 

kup artykuly platne