Pedro Almodovar powraca 

Jego „Julieta” to film do głębi poruszający, a zarazem bardzo subtelny, niemal intymny. W spokojny, zdystansowany sposób opowiada on o samotności, doświadczeniu braku i matczynej miłości.

 

Tytułową Julietę poznajemy w bardzo znamiennym momencie. Przypadkowe, wydawałoby się, nieznaczące, spotkanie z dawną przyjaciółką córki zmienia całe życie bohaterki. Pod jego wpływem Julieta decyduje o pozostaniu w Madrycie, a tym samym zakończeniu wieloletniego związku. Stopniowo pogrąża się w depresji, opowiadając przy tym dramatyczną historię z przeszłości.

Scenariusz „Juliety” inspirowany był opowiadaniami laureatki literackiej Nagrody Nobla z 2013 roku, Alice Munro. Połączenie jej wrażliwości z kunsztem Almodovara dało piorunujący efekt. Autor „Skóry, w której żyję” jest w „Juliecie” niezwykle oszczędny w środkach, a jednocześnie potrafi budować napięcie, niczym w dobrym thrillerze. Osiąga to głównie dzięki pieczołowitej konstrukcji niemal każdego kadru. Na ekranie żaden przedmiot czy symbol nie pojawia się bez powodu. Świetne zdjęcia Jeana-Claude Larrieu i muzyka Alberta Iglesiasa idealnie współgrają z  opowieścią głównej bohaterki, opartą na retrospektywach i subiektywnej ocenie zdarzeń.

„Julieta” to film bardzo kobiecy, skoncentrowany niemal wyłącznie na tytułowej postaci. Stąd też właściwie cały ciężar spoczywa tu na dwóch aktorkach, wcielających się w jej rolę – Adrianie Ugarte i Emmie Suarez. Tworzą one obraz przekonujący i spójny w odbiorze. Właściwie wszystkie pozostałe postaci schodzą na dalszy plan, wliczając w to główne role męskie Daria Grandinettiego i Daniela Grao (choć w pamięć zapada również gra Rossy de Palmy, znanej z innych filmów Almodovara).

 

„Julieta” to historia prosta, być może trochę wtórna i schematyczna, jeśli porównać ją do wcześniejszej twórczości tego reżysera. Jest to jednak opowieść urzekająca. Łatwo można byłoby z tego materiału zrobić łzawy melodramat czy film o nieznośnym natężeniu emocji. Tak się jednak nie stało.








Barbara Englender