John Krasinski w swej najnowszej produkcji w brawurowy sposób kreuje świat pogrążony w milczeniu. I choć historia, jaką w nim osadza, nie wykorzystuje w pełni potencjału tego pomysłu, to i tak „Ciche miejsce” pozostaje jednym z lepszych horrorów ostatnich czasów.

Fabuła filmu koncentruje się na losach pięcioosobowej rodziny, desperacko próbującej przetrwać w rzeczywistości, gdzie każdy dźwięk jest równoznaczny z wyrokiem śmierci. Światem rządzą bowiem krwiożercze potwory, które zwabić może najmniejszy nawet hałas. Rodzina mieszkająca na odludnej farmie jest zdana tylko na siebie. Jedyny sposób, by przeżyć, to zachowanie absolutnego milczenia.

„Ciche miejsce” to wbrew pozorom opowieść nie tyle o ciszy, ile o dźwiękach. Film pozbawiony mówionych dialogów (bohaterowie porozumiewają się językiem migowym, tłumaczonym na ekranie za pomocą napisów) pomaga dostrzec odgłosy ginące na co dzień w natłoku: skrzypienie podłóg, szum strumienia, liście poruszające się na wietrze... W połączeniu z postapokaliptycznym klimatem opuszczonej farmy, robi to niemałe wrażenie. Pozorna cisza pozwala lepiej „usłyszeć” emocje bohaterów i na własnej skórze poczuć paraliżujący ich strach.

O sile najnowszego filmu Krasinskiego nie stanowią poszczególne sceny, lecz perfekcyjnie budowane uczucie nieustannego zagrożenia. Świat ciszy to przestrzeń, w której każdy ruch podlega ścisłej kontroli, każdy gest natomiast niesie ze sobą znaczenie. Życie codzienne podporządkowane zostaje szeregowi restrykcyjnych przepisów. Jak w takiej sytuacji odnaleźć się mogą dzieci? „Ciche miejsce” niezmiernie sugestywnie przenosi na ekran doświadczenie osaczenia, całkowitej izolacji i walki o namiastkę normalności. Wszystko to zrealizowane jest prostymi środkami, jednak stosowanymi bardzo konsekwentnie. W produkcji tej znaleźć można echa autorskiego, ambitniejszego kina, bez hollywoodzkich efektów i niepotrzebnej dosłowności. To apokalipsa, która rozgrywa się po cichu – w każdym znaczeniu tego sformułowania.

W tej warstwie film Krasinskiego broni się doskonale, od pierwszej sceny trzymając widzów w niesamowitym napięciu. Problem pojawia się jednak w szczegółach scenariusza. Na płaszczyźnie fabularnej „Ciche miejsce” nie zaskakuje bowiem niczym, co mogłoby wyjść poza schemat kina grozy: są tu i ucieczki przez pola kukurydzy, i próby stworzenia schronu w piwnicy, i – wreszcie – oświetlające azyl czerwone światło żarówki... Za najsłabszy element tej układanki należałoby jednak uznać potwory, wyglądem niemal do złudzenia przypominające kultowego „Obcego”. Ich forma wydaje się z dzisiejszego punktu widzenia mocno archaiczna, a i sama idea ucieczki przed gigantycznymi stworami sprawia wrażenie przeszczepionej z całkiem innego filmu. Scenarzyści nie tłumaczą, skąd potwory się wzięły i jaki mają charakter — widzowie mogą tylko domyślać się prawdy, bazując na strzępkach informacji ze starych gazet i ogłoszeń. Zabieg ten w ciekawy sposób wzmaga napięcie, ale — wraz z biegiem fabuły — potęguje również wrażenie niedopracowania tego wątku. Ogromnym rozczarowaniem jest także banalne i nie do końca logiczne zakończenie horroru.

Za tym dość przeciętnym sztafażem, rodem z kina science-fiction, skrywa się jednak prawdziwy dramat bohaterów: spodziewającej się kolejnego potomka Evelyn, jej męża, Lee, walczącego o to, by zapewnić bezpieczeństwo rodzinie, oraz ich dzieci, zmagających się z ogromem lęków i poczucia winy. Krasinski bardzo umiejętnie splata ze sobą poszczególne wątki, pozwalając do głosu dojść różnorodnym emocjom. Sam film najciekawszy staje się właśnie wtedy, kiedy to relacje między bohaterami wychodzą na plan pierwszy. Dzięki temu, że produkcja nie bazuje tylko na zaskakiwaniu postaci mniej lub bardziej schematycznymi atakami potworów, doświadczenie strachu może wybrzmieć jeszcze pełniej. Całość tworzy tym samym nie tylko horror opowiadający o ucieczce przed krwiożerczymi monstrami, ale również intymny dramat o miłości, winie i przebaczeniu.

Produkcja, w której z ekranu pada tylko kilka słów (ale jakże istotnych!), to bardzo specyficzne aktorskie wyzwanie. W obsadzie „Cichego miejsca” nie ma jednak słabego ogniwa. Świetnie spisuje się Emily Blunt, doskonale radzi sobie sam John Krasinski w roli Lee, a dzieci (znany choćby z „Cudownego chłopaka” Noah Jupe, Cade Woodward oraz Millicent Simmonds) na ekranie wręcz błyszczą. Filmowe milczenie sprawia, że większość emocji przekazywana jest pozawerbalnie. Cisza seansu uzupełniana jest perfekcyjnie dobraną muzyką, która – z racji samej konwencji – odgrywa tutaj ważną rolę. Na przestrzeni filmu znajdzie się również parę ładnie skomponowanych, przemyślanych kadrów.

„Ciche miejsce” to film bardzo specyficzny niemy horror, w którym wrażenie mają robić nie tyle konkretne wydarzenia, ile ciągła presja, jakiej poddani zostają bohaterowie. Sam pomysł (choć nie do końca nowatorski), sprawdza się świetnie. Gdyby fabułę poprowadzić nieco inaczej, byłaby to prawdziwa perełka.


Ocena:  7/10









Barbara Englender