17 lat po premierze pierwszego filmu, 22 lata od wejścia na rynek popularnej gry. Lara Croft powraca. Czy najnowszy „Tomb Rider” jest w stanie wnieść powiew świeżości do kina przygodowego? Niestety, nie.

Nowy film o Larze czerpie pełnymi garściami ze schematów wypracowanych jeszcze podczas tworzenia serii o Indianie Jonesie. Nie jest to jednak inspiracja w dobrym tego słowa znaczeniu, a raczej odtwórcze naśladownictwo, w którym brak jakiejkolwiek myśli przewodniej. W produkcji z 2018 roku na podróżników czekają dokładnie takie same zagadki, pułapki i niebezpieczeństwa, jak te pokazywane w kinie już przed prawie czterdziestoma laty. „Tomb Rider” oferuje tylko i wyłącznie przygodowy „standard”, w którym zarówno przebieg akcji, jak i efekty specjalne nie wykraczają poza rozwiązania znane z dziesiątek wcześniejszych realizacji.

Najnowszy „Tomb Rider” to opowieść sięgająca początków postaci Lary Croft. 21-letnia dziedziczka ogromnej fortuny, na co dzień pracująca jako kurier, wyrusza w swą pierwszą podróż, by odnaleźć zaginionego 7 lat wcześniej ojca. Jej celem jest bezludna japońska wyspa, na której pochowana została zła królowa Himiko. Tak zarysowana fabuła rozpada się na dwie nieprzystające do siebie części. Pierwsza z nich opowiada o poszukiwaniu adrenaliny w codziennym życiu. W drugiej bohaterka rzuca się w wir egzotycznej przygody. Choć sceny z Londynu mogą wydawać się tylko przydługim (bo prawie godzinnym!) wstępem do „właściwej fabuły”, jednak, niestety, to one okazują się tą ciekawszą stroną filmu. W części zrealizowanej w japońskiej dziczy wszystko jest do bólu przewidywalne, a ukazywane wydarzenia – mimo niezłego tempa – nie niosą ze sobą zbyt wielu emocji. W „Larze Croft” paradoksalnie, wyścig rowerowy ulicami miasta rodzi więcej napięcia niż odkrywanie tajemniczej świątyni. Wiele do życzenia pozostawia również główna intryga, związana z mistycznym wymiarem opuszczonej wyspy. Jej finał, po prostu, rozczarowuje (choć trudno nazwać to zaskoczeniem). Najnowszym „Tomb Raiderem” zdecydowanie rządzi banał oraz nuda, a w przypadku filmu przygodowego to grzechy nie do wybaczenia.

Nowa odsłona „Lary Croft” jeszcze przed premierą niosła ze sobą sporo kontrowersji. Część fanów, przyzwyczajonych do kreacji Angeliny Jolie, niechętnie widziała na jej miejscu Alicię Vikander. Wygląd nowej Lary faktycznie odbiega nieco od oczekiwań graczy, jednak zabieg ten broni się od strony fabularnej – w końcu to debiutancka przygoda bohaterki, można więc założyć, że była ona wówczas znacznie młodsza niż w klasycznych produkcjach. Odtwórczyni głównej roli sprawuje się  naprawdę nieźle, wnosząc na ekrany nieco „dziewczyńskiego”, zadziornego uroku. Jeśli z jej postacią wiąże się jakiś problem, to leży on raczej po stronie scenariusza, który nie daje Vikander zbyt wielu okazji do zaprezentowania aktorskich możliwości. Podczas przygody w Japonii Lara ma przede wszystkim biegać, skakać i przyjmować na siebie ciosy z wytrzymałością godną superbohaterki. O większej głębi nie ma tutaj mowy.

Tytułowa postać pozostaje jednak i tak najlepiej dopracowaną spośród wszystkich bohaterów. Ogromnym nieporozumieniem jest sposób ukształtowania głównego antagonisty. Mathias Vogel (w tej roli Walton Goggins), który stworzył na wyspie małe imperium zła, wypada całkowicie niewiarygodnie. Jego działanie wydaje się zupełnie pozbawione logicznej motywacji. Jeszcze gorzej prezentuje się wątek relacji Lary z ojcem. Ciągłe retrospekcje i zapewnienia o wiecznej tęsknocie spychają tę historię w kierunku łzawej telenoweli. Bohaterowie drugo- i trzecioplanowi to w „Tomb Raiderze” właściwie tylko papierowe sylwetki, krążące wokół Lary w mniej lub bardziej spójnych sekwencjach (świetnym przykładem może być postać Lu Rena, z którym Lara ląduje na wyspie).

Zwroty akcji, fascynujące zagadki z przeszłości i trzymające w napięciu pojedynki w egzotycznej scenerii. Widzowie, którzy tego właśnie oczekują po filmach przygodowych, zamiast nowej „Lary Croft” powinni przypomnieć sobie raczej któregoś z klasycznych „Jonesów”. Nawet jeśli będzie to kolejny seans „Poszukiwaczy zaginionej arki”, to poziom zaskoczenia poszczególnymi wydarzeniami pozostanie podobny...


Ocena:  5/10









Barbara Englender