Nazwisko Patryka Vegi stało się już praktycznie synonimem kiepskiego, ale zarazem niezwykle dochodowego, kina. „Kobiety mafii” to produkcja pod wieloma względami żenująca, choć nieco lepsza niż zmiażdżony w minionym roku przez krytykę „Botoks”.

Vega kolejny raz sięga po swoje ulubione tematy: zbrodnie, gangi, narkotyki, afery w służbach specjalnych... Tym razem w tej brudnej rzeczywistości główne role należą do czterech pań, na różne sposoby uwikłanych w światek zorganizowanej przestępczości. Gdy mężczyźni zawiodą, to one będą musiały przejąć inicjatywę. Czy im się uda? „Kobiety mafii” w założeniu miały być odpowiedzią Vegi na tendencje feministyczne w kinie, a zarazem kolejną (po „Pitbull. Niebezpieczne kobiety”) próbą stworzenia „pełnokrwistych” żeńskich postaci w filmie akcji. Tak się jednak nie stało. Film ten jest kolejnym dowodem na to, że brutalny seks i krew lejąca się z ekranu nie czynią jeszcze mocnego kina.

 

Plakat filmu "Kobiety mafii"

Patryk Vega postawił na wyrazistą stylistykę. Przez ową „wyrazistość” reżyser ten rozumie jednak jedynie epatowanie bezmyślną przemocą, seksem („Kobiety mafii” są pod tym względem jedną z najostrzejszych produkcji ostatniego czasu) i wulgaryzmami. Brak tu natomiast interesujących bohaterów czy przemyślanej konstrukcji fabularnej. Vega ma ewidentny problem z prezentowaniem dłuższych, bardziej złożonych historii. Brnie więc w kolejny przydługi film, składający się z poszatkowanych, „napakowanych” akcją scenek, z których – powiedzmy to sobie szczerze – niewiele wynika. Nie da się jednak ukryć, że obrazy te zazębiają się ze sobą w pełniejszy i sprawniejszy sposób, niż miało to miejsce w przypadku „Botoksu”, na co – być może – miała wpływ współpraca z drugim scenarzystą, Olafem Olszewskim. Mniej jest również irytujących ujęć z dronów, przedzielających poszczególne sekwencje, co niestety nie oznacza, że Vega całkowicie zrezygnował z tego zabiegu. W „Kobietach mafii” udało się również stworzyć kilka spektakularnych pościgów i zwrotów akcji, które mogą zaskoczyć widzów. Nie zapominajmy jednak, że wciąż jest to „standardowy” film Vegi: o żenującym humorze i bardzo słabym scenariuszu.

 

Scena z filmu "Kobiety mafii"

Bliźniacze podobieństwo poszczególnych produkcji tego reżysera uwypukla niezwykła – nawet jak na polskie kino – powtarzalność obsady. W „Kobietach mafii” kolejny raz zobaczymy więc Agnieszkę Dygant, Olgę Bołądź, Katarzynę Warnke, Piotra Stramowskiego czy Tomasza Oświęcimskiego. W najnowszym filmie twórcy „Botoksu” do tego stałego zespołu ponownie (po „Pitbullu. Nowych porządkach”) dołączył Bogusław Linda, wcielający się w rolę Padrina, bossa mafii. Już w latach 90-tych aktorowi temu wytykano schematyczny dobór ról i tworzenie sztampowych bohaterów – prawdziwych twardzieli o mniej lub bardziej cynicznym charakterze. Tak jest i tym razem. Rola Bogusława Lindy to nic innego, jak kinowy standard, w skali 1:1 wyprowadzony z jego wcześniejszych produkcji (i to też nie tych najlepszych). Niemniej jednak, jego aktorskie rzemiosło świetnie się tu broni, a na tle pozostałych kreacji Bogusław Linda błyszczy niczym prawdziwy diament.

Dzieje się tak jednak przede wszystkim dlatego, że pozostali aktorzy nie mają zupełnie nic do zaoferowania. Jest to po części wina ich gry, po części zaś scenariusza, który zadecydował o tym, że sylwetki poszczególnych bohaterów zaprezentowane są w bardzo uproszczony sposób. Choć w postaciach Spuchniętej Anki (Katarzyna Warnke) i Niani (Agnieszka Dygant) krył się pewien potencjał dramatyczny, to jednak ich jednowymiarowość i karykaturalne przerysowanie (zwłaszcza w przypadku Warnke) przekreśliło tę możliwość. Szczególnie żal tu Agnieszki Dygant, która – nie wiedzieć czemu – po raz kolejny rozmienia swój talent na drobne, występując w tego typu produkcjach.

„Kobiety mafii” to film do granic możliwości naładowany akcją (zwłaszcza brutalnym seksem i przemocą), ale zarazem nudny, schematyczny i słabo zagrany. Wierni fani Vegi z seansu powinni wyjść zadowoleni – w końcu jest to produkcja przynajmniej minimalnie lepsza niż poprzednia. Pozostali widzowie nie mają po co wybierać się do kina.


Ocena:  2,5/10









Barbara Englender