Dzień 15 stycznia 2009 roku przeszedł do historii lotnictwa cywilnego. Pilot Airbusa A320, Chesley Sullenberger, by ratować życie swych pasażerów, zdecydował się osadzić samolot na rzece Hudson. Udane lądowanie szybko zostało ochrzczone mianem cudu. Do tych wydarzeń w filmie „Sully” powraca nie kto inny, jak Clint Eastwood.

 

Reżysera interesuje nie tyle przebieg samej katastrofy, ile postać kapitana samolotu (w tej roli Tom Hanks), a także rozterki, przeżywane przez niego już po lądowaniu. Choć w mediach tytułowy Sully zostaje natychmiast okrzyknięty bohaterem, równolegle powstaje komisja mająca za zadanie stwierdzić, czy jego decyzja była słuszna. Pilot musi udowodnić – zarówno przed śledczymi, jak i przed samym sobą – że lądowanie na rzece rzeczywiście było niezbędne. Wielu bowiem przypuszcza, że może w wyniku złej oceny sytuacji kapitan naraził tylko życie pasażerów.

 

Takie przesunięcie punktu ciężkości fabuły to pomysł dość ciekawy. Pozwala on (przynajmniej w teorii) uciec od banału i przedstawić wydarzenia znane z mediów w nieco innym świetle. Film jest opowiedziany sprawnie, czegoś jednak w nim zabrakło. Paradoksalnie w „Sullym” najlepiej wypadają migawki z samej katastrofy oraz sceny przesłuchania wieńczącego śledztwo, wcale nie najistotniejsze w tym kontekście. Mimo że wszyscy znamy finał akcji, trzymają one w napięciu i świetnie obrazują dramatyzm podejmowanych przez pilota decyzji. Stosunkowo blado natomiast rysuje się to, co miało być główną osią filmu – sytuacja bohatera, mierzącego się zarówno z medialnym sukcesem, jak i szeregiem własnych wątpliwości. Wszystko to sprawia, że „Sully” nie jest de facto ani zapierającym dech w piersiach akcji filmem katastroficznym, ani też – choć był ku temu potencjał – pełnowymiarowym dramatem psychologicznym.

Duet Eastwood – Hanks mógł na bazie tego tematu stworzyć naprawdę wielkie kino. Zamiast tego powstał „standardowy”, bardzo amerykański w duchu film o bohaterze. Poprawny, momentami emocjonujący, ale nie porywający.








Barbara Englender