Wydawać by się mogło, że szpiegowski thriller z Jennifer Lawrence w roli głównej to murowany materiał na kinowy hit. Tymczasem „Czerwona jaskółka” okazuje się przeciętną produkcją, która – mówiąc najogólniej – nie zachwyca. Jak to się stało?

W historii opisanej w bestsellerze Jasona Matthewsa, na podstawie którego nakręcono „Jaskółkę”, pozornie jest wszystko: sensacyjna opowieść, służby specjalne, wątek romansowy, klimat postsowieckiej Rosji i – wreszcie – intrygująca bohaterka, której losy naprawdę chwytają za serce. Jeśli dodać do tego nutę tajemniczości, jaką wprowadza postać autora – byłego agenta CIA, oczekiwać można jednej z najbardziej elektryzujących premier sezonu. W rzeczywistości jednak filmowej „Czerwonej jaskółce” brak napięcia, które pozwoliłoby utrzymać uwagę widzów przez całe 140 minut seansu.

Główną bohaterką (i tym samym tytułową „jaskółką”) jest Dominika Egorowa – młoda moskiewska baletnica, która w wyniku koszmarnego wypadku zaprzepaszcza możliwość kontynuowania swej kariery. Groźba utraty mieszkania oraz konieczność zapewnienia opieki chorej matce sprawiają, że postanawia ona skorzystać z oferty współpracy, złożonej jej przez stryja – wysoko postawionego agenta rosyjskich służb. Już pierwsze zlecenie okazuje się pułapką. Dziewczyna znajduje się w sytuacji bez wyjścia – jeśli nie będzie kontynuować tej pracy, zginie. W ten sposób trafia do elitarnego ośrodka, mającego za zadanie uczyć przyszłych szpiegów podstaw zawodu: kłamstwa, manipulacji oraz wykorzystywania swej seksualności do zdobywania pożądanych informacji. Tak wyszkolona baletnica ma stać się czymś w rodzaju robota, zdolnego poświęcić wszystko dla celów wyznaczonych przez rosyjskie władze. Bohaterka szybko orientuje się, że znalazła się w samym sercu mocarstwowej rozgrywki, a przeżycie możliwe będzie tylko wówczas, gdy zdecyduje się działać na własną rękę.

Twórcy „Czerwonej jaskółki” nie owijają w bawełnę. Bez skrępowania pokazują, jak działają służby specjalne. W efekcie powstaje film brutalny, w którym z pełną dosłownością ukazane zostają tortury czy gwałty. Historia primabaleriny opowiedziana jest w chłodny, zdystansowany sposób. To raczej thriller psychologizujący niż film akcji, dlatego próżno szukać tu pościgów, strzelanin czy zapierających dech w piersiach efektów specjalnych. O ile na ogół taki model narracji w kinie sensacyjnym się sprawdza, o tyle w przypadku „Jaskółki” potęguje on tylko wrażenie historii „przegadanej”. Choć być może trudno w to uwierzyć – mimo tak mocnego tematu, momentami naprawdę niewiele się tu dzieje. Nawet w scenach, gdy bohaterowie obdzierani są żywcem ze skóry, twórcom nie udaje się zbudować prawdziwego napięcia i poruszyć widzów. Być może mogłoby tu pomóc przemontowanie i znaczne skrócenie filmu.

Zawiodą się również osoby, które w kinie szpiegowskim poszukują interesującego ujęcia relacji międzynarodowych. W „Czerwonej jaskółce” mnóstwo jest uproszczeń i nieścisłości – tak wielkich, że trudno usytuować ten film w konkretnym przedziale czasowym. Na domiar złego główna intryga naszkicowana jest bardzo grubą kreską. Starcie rosyjskiego wywiadu ze służbami amerykańskimi to klasyczna walka dobra ze złem. Jednoznaczny, wręcz naiwny podział bohaterów sprawia, że na drugim czy trzecim planie tej opowieści niewiele się dzieje, a cały ciężar filmu spoczywa tylko i wyłącznie na barkach Jennifer Lawrence.

Choć jest to aktorka na wskroś amerykańska, udało jej się stworzyć postać współgrającą z atmosferą postsowieckich służb wywiadowczych. Sposobowi, w jaki wciela się w rolę Dominiki, trudno cokolwiek zarzucić. Nie jest to może kreacja, która przejdzie do historii kina, ale porządne aktorskie rzemiosło. W filmie zobaczymy również Joela Edgertona, Matthiasa Schoenaertsa czy Charlotte Rampling, choć ich pojawienie się na ekranie stanowi raczej dodatkowy smaczek niż dopełnienie pierwszoplanowej opowieści.

„Czerwona jaskółka” to film, w którym nie ma rażących błędów – pomijając nieścisłości natury historycznej – jednak sama akcja zdecydowanie się nie klei. Choć całość wydaje się poprawna, na próżno szukać tu prawdziwych emocji. A przecież w takim kinie to podstawa...


Ocena:  6/10









Barbara Englender